Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weronika Fudała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weronika Fudała. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2015

Anonimowość w internecie nie istnieje. 
Przeciętny użytkownik sieci jest po części świadomy bycia obserwowanym na różne sposoby, ale najczęściej nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele danych na jego temat gromadzi się każdego dnia. Uwaga! Zagłębienie się w ten temat może prowadzić do regularnych lęków oraz długofalowych rozterek o charakterze egzystencjalnym. Bardzo chciałabym dysponować narzędziami uspokajającymi, ale w czasach, gdy nie można w pełni ufać publicznym koszom na śmierci nikt takowych nie posiada.


Tak, dwa lata temu w Wielkiej Brytanii firma Renew zamontowała śmietniki z ekranami oraz wbudowanym Wi-Fi. Co więcej, kilkanaście z nich posiadało funkcję śledzenia smartfonów znajdujących się w okolicy, które miały włączoną możliwość połączenia się z siecią bezprzewodową. Zyskiwano w ten sposób dane na temat trasy przebytej przez "wychwyconą osobę". Pomysł wzbudził wiele kontrowersji, a szef Renew - Kaveh Memari - tłumaczył go w następujący sposób:

To jest niczym strona internetowa, która mówi, jak wiele masz wizyt i jak wielu jest powtarzających się odwiedzających, ale nie możemy powiedzieć kto (ją odwiedza) lub cokolwiek osobistego o jakimkolwiek odwiedzającym stronę (...) nie zbieramy żadnych osobistych szczegółów.

Tego typu kontrargumenty są często używane w celu uspokojenia wzburzonej opinii społecznej przez firmy zajmujące się pozyskiwaniem danych. Na podobnej zasadzie tłumaczone jest zastosowanie ciasteczek (ang. cookies). To właśnie dzięki nim użytkownicy sieci nie muszą na przykład za każdym razem wpisywać loginów bądź haseł, zapamiętywać historii odwiedzanych stron lub dostosowywać wyglądu przeglądanych witryn do własnych preferencji. Z preferencjami wiążą się rekomendacje - począwszy od tych niewinnych np. polecających podobne do obejrzanych filmy, a skończywszy na starannym doborze reklam produktów na podstawie wcześniejszych zachowań. 


Nowa polityka związana z ciasteczkami (weszła w życie w 2013 roku) zobowiązuje nowo odwiedzane witryny do poinformowania o ich obecności i poproszenia internaty o zaakceptowania ich obecności. Po uzyskaniu zgody właściciel ma prawo... no właśnie do czego? Bezrefleksyjne akceptowanie wszelakich regulaminów, byle jak najszybciej zamknąć wyskakujące okienka, odziera użytkowników z prywatności. W teorii ciasteczka mają być źródłem informacji na temat sposobu użytkowania konkretnych stron tak, by możliwie jak najlepiej dopasować je do odbiorców. Dane są także wykorzystywane do tworzenia anonimowych statystyk. Podkreśla się, że nie łączy się ich w żaden sposób danymi osobowymi uzyskiwanymi np. w trakcie zakładania kont. Sceptycy zwracają jednak uwagę na brak domyślnego szyfrowania ciasteczkowych danych oraz dysonans wynikający z faktu, że dostarczane darmowo od milionów osób informacje mnożą zyski potężnych korporacji.

Co wiedzą o nas reklamodawcy? 
Łatwiej byłoby odpowiedzieć skupiając się na rzeczach, które pozostają w sferze prywatności, ponieważ internauci dzień po dniu dostarczają za pośrednictwem najróżniejszych stron wszelkie dane na temat swojego życia. Pierwszym, najbardziej oczywistym i "danochłonnym" przykładem będą oczywiście portale społecznościowe z Facebookiem na czele. W ubiegłym roku Washington Post opublikował artykuł, w którym napisano, że gdyby Facebook był krajem to jego "populacja" niemalże dorównywałaby najbardziej zaludnionemu państwu świata - Chinom. Gwoli ścisłości, Chińska Republika Ludowa liczy ponad 1,3 mld mieszkańców.

Im bardziej skrupulatny użytkownik Facebooka, tym więcej danych udostępnia. Od imienia i nazwiska, przez datę i miejsce urodzenia, dane kontaktowe, zdjęcia, ścieżkę edukacyjną bądź historię zawodową po aktywną usługę lokalizacji. Co więcej, większość z tych informacji jest najczęściej udostępniania publicznie - nawet dla osób spoza grona znajomych oraz ich znajomych. Kluczowymi pułapkami w przypadku tego portalu społecznościowego wydają się być dane dotyczące lokalizacji i chat (wypierający rozmowy prowadzone osobiście, telefonicznie, czy mailowo), obie zazwyczaj marginalizowane przez użytkowników. A to za ich pomocą tworzymy mapę odwiedzanych miejsc oraz udostępniamy najcenniejsze informacje tzw. dane osobowe wrażliwe (poglądy polityczne, preferencje seksualne, stan zdrowia itd.).

Po co masowo zbiera się dane na temat internautów?
Odsuńmy na bok wszelkie postapokaliptyczne wizje zakładające próby przejęcia władzy nad światem, wojny między kontynentami, a w ostateczności koniec świata. Wiedza na temat zachowań w sieci jest potrzebna do:
  • lepszego pozycjonowania reklam, wytwarzania sztucznych potrzeb konsumenckich, a następnie zaspokajania ich
  • coraz dalej posuniętej personalizacji sieci, czyli tworzenia wokół użytkowników information loop, wyprzedzając w ten sposób i spełniając oczekiwania względem przeglądanych stron, wyszukiwania danych oraz podporządkowując internet pod określony światopogląd

Subiektywizacja pod płaszczykiem wolności słowa, rynku, czy demokracji to nic innego, jak manipulacja. Manipulacja, której każdy obecny w sieci podlega niemal bez przerwy. Warto więc kształtować siebie oraz swoje decyzje zakupowe, będąc świadomym iluzorycznej anonimowości.


BIBLIOGRAFIA:

Autor tekstu:
Weronika Fudała

niedziela, 19 kwietnia 2015

Jak cię widzą, tak cię piszą

Telewizja i kino mają ogromny wpływ na społeczeństwo, a jednocześnie ewoluują razem z nim. Zmieniają się nie tylko jakość wyświetlanego obrazu czy sposób montowania materiału filmowego, ale także poruszana tematyka. Ostatnia dekada to okres wzmożonej dyskusji o najróżniejszych grupach: mniejszościach narodowych, seksualnych i wyznaniowych, feministkach, celebrytach itd. Każda z tych grup jest w mediach reprezentowana, a więc ma tworzony określony wizerunek.

Studiami nad reprezentacją zajął się m.in. Chris Barker, który w książce pt. "Studia kulturowe. Teoria i praktyka" tłumaczy, że ogromna część badań nad kulturą jest skupiona wokół pytania o reprezentację - zjawisko społeczne polegające na konstruowaniu świata dla odbiorców i przez odbiorców w celu nadaniu temu światu znaczenia. Owo znaczenie budowane jest za pomocą tekstu, obrazu oraz dźwięku. Produkcje filmowe są więc do tego idealnym narzędziem.

Postanowiłam prześledzić polskie "wyroby" ostatnich lat, żeby sprawdzić, w jaki sposób reprezentowana jest grupa bliska autorom Mediacureans, a mianowicie - KWIAT POLSKIEJ MŁODZIEŻY. Jak rodzima telewizja i kino wchodzą w dialog ze społeczeństwem i czy analizowana grupa nas - Polaków - ciekawi, oburza, niepokoi?

Jedno jest pewne - młodzież stanowi zagadkę wszech czasów. Scenarzyści dwoją się i troją, żeby zgrabnie opisać zjawiska, których zazwyczaj nie rozumieją. Co ciekawe, wizerunek młodych ludzi zmienia się o 180 stopni w zależności od grupy odbiorców. Misyjne produkcje telewizji publicznej skierowane do osób starszych obfitują w postaci nieautentyczne, ugrzecznione, używające sztucznego języka i należące do subkultur przedstawionych w sposób równie karykaturalny, jak one same. "Prawdziwe" emocje, będące nieodłączną częścią okresu buntu i poszukiwania własnej tożsamości są równie "prawdziwe", co sam bunt. Motywacje postaci są często niejasne, a dialogi składają się z pustych frazesów mających na celu urealnienie. Efekt? Salwy śmiechu, prawdopodobnie niezamierzone.   

 Emo oczami twórców "Na dobre i na złe"


Szalone studenckie życie w "Klanie"

W opozycji do seriali kreowany jest wizerunek młodych dla młodych. Od czego by tu zacząć? Skrajny materializm i konsumpcjonizm, uzależnienie od internetu, nastoletnie ciąże, śmierć miłości, samobójstwa, narkotyki - tak mniej więcej przedstawia się w tym wypadku przeciętny młody Polak. Trudno oprzeć się wrażeniu, że reżyserowie "upychają" wszelkie możliwe patologie dla samej chęci ich pokazania. Ojciec nadużywający przemocy, matka alkoholiczka, ciotka nimfomanka? Super! Najlepiej niech wszyscy jednocześnie otoczą ramionami nastoletniego bohatera, który i tak jest już zdegenerowany. A wszystko to podane w sosie wulgaryzmów rzucanych na lewo i prawo, dla zwiększenia wiarygodności rzecz jasna.

Sztandarowym przykładem tego "najprawdziwszego" oblicza polskiej młodzieży są dwa obrazy Katarzyny Rosłaniec (składające się w tym momencie na całokształt dorobku tej reżyserki): "Galerianki"  i "Bejbi Blues". Pierwszy film skupia się na grupce dziewczyn w wieku gimnazjalnym, które prostytuują się w zamian za modne ubrania, szukając klientów przede wszystkim w centrach handlowych. Drugi opowiada historię 17-letniej matki, dla której dziecko, zaplanowane dziecko, było "kaprysem, gadżetem, fajnym dodatkiem do swojej stylizacji" - tłumaczy w wywiadzie odtwórczyni głównej roli.   

W obu przypadkach miało być kontrowersyjnie, postępowo i przede wszystkim AUTENTYCZNIE, a wyszło przekoloryzowanie, niekonsekwentnie i infantylnie. Scenariusze spłycające co drugi wątek można by w najlepszym wypadku określić mianem miernych. Żadnej historii, żadnej fabuły, tylko impresje z życia "dzisiejszej młodzieży".

Kadr z filmu "Galerianki" (2009)d
Kadr z filmu "Bejbi Blues" (2012)
W filmie "Sala Samobójców" Jana Komasy sytuacja ma się podobnie. Mimo że temat ucieczki przed problemami w świat wirtualny wydaje się być bliższy rzeczywistości niż choćby wspomniane rodzenie dzieci-gadżetów, to i tu reżyser poległ próbując oddać faktyczny obraz realiów. Stereotyp goni stereotyp. Typowi rodzice karierowicze, typowy nadwrażliwy i odrzucony protagonista, typowa fascynacja samobójstwem, typowa depresja. Środowisko szkoły, imprez oraz znajomych do bólu przerysowane. To po prostu kolejny film, które nie potrafił młodym odbiorcom przedstawić ich własnego świata inaczej niż przez pryzmat pozycji społecznej, samotności nastolatka i kasy.

Kadr z filmu "Sala Samobójców" (2011)
Uważam, że polskie produkcje reprezentują młodych ludzi w sposób dwojaki, a oba wizerunki skrajnie się od siebie różnią. Albo buntu i problemów jest podejrzanie mało, albo nadzwyczaj dużo. Próżno szukać złotego środka. Według mnie to właśnie preferencje odbiorców w głównej mierze wpływają na tak odbiegające od siebie przedstawienia. Produkcje skierowane do osób starszych przedstawiają zagmatwany świat młodzieży w sposób uproszczony, "ugrzeczniony" i łatwiejszy do zrozumienia. Ot, jakiś emo kaprys objawiający się ekscentryczną koszulką lub mocniejszym makijażem. Nie warto zagłębiać się w jego podstawę ideologiczną. Po drugiej stronie barykady stoją protagoniści, którzy mają zainteresować sobą grupę docelową w podobnym wieku. Na kształt tych filmów, wraz z całą przesadą w kreowaniu nawałnicy problemów, kompletnym brakiem dojrzałości bohaterów i rynsztokowym językiem, wpływa więc próba przykucia i utrzymania uwagi młodych odbiorców aż do ostatniej minuty.

A kto najbardziej cierpi w tym chaosie kontrastów?
Sami reprezentowani, którzy wciąż nie mogą się doczekać wiarygodnego przedstawienia.
   

Autor:
Weronika Fudała

niedziela, 29 marca 2015

O popkulturze, taniej sensacji i przyjemności

Dziś na wstępie mam dla ciebie, Drogi Czytelniku, krótki test. Przyznaj szczerze, które z przedstawionych odpowiedzi są ci bliższe i czytaj dalej.

Miły sobotni poranek najchętniej rozpoczynasz od lektury:
A) świeżych artykułów na Pudelku i nowych postów na fejsie
B) wierszy Rilkego

Łatwiej przyjdzie ci wymienić tytuły:
A) piosenek Lady Gagi
B) utworów Strawińskiego

Bożenka z „Klanu” jest:
A) blondynką
B) nie wiem, nie znam

Jeżeli na wszystkie powyższe pytania udzieliłeś odpowiedzi B to gratuluję, podziwiam i z lekka nie dowierzam. Jeżeli natomiast przytrafiła ci się gdzieś odpowiedź A, to pewnie twoje uszka już płoną ze wstydu. Nic dziwnego. Każdy z nas chciałby być postrzegany jako intelektualista - skupiony jedynie na tym co wartościowe i ambitne, odporny zaś na najróżniejsze popkulturowe głupoty. Prawda? Prawda.


Zanim jednak załamiesz się do reszty, przeklinając w myślach swoje tanie gusta, śpieszę z pocieszeniem! Te „głupoty”, którymi karmi nas telewizor i Internet, wcale nie są takie nieistotne: poważni badacze kultury od lat pochylają się nad tym co popularne i masowe. Co więcej, rzut oka na Wikipedię pozwala stwierdzić, iż postawy jakie przyjmowali wobec popkultury bardzo się przez lata zmieniały i że dzisiejszym teoretykom daleko już do absolutnego jej potępienia. Odium, jakie swego czasu na nią spadło, jest współcześnie mocno passé. Dziś popkulturę się szanuje i dopatruje się powstawania w jej ramach tzw. nowej jakości. Warto tu napomknąć o pewnym medioznawcy (i zapamiętać jego nazwisko!), a mianowicie o Johnie Fiske, bowiem niejednokrotnie będziemy się na niego powoływać. Fiske popkulturą nie gardzi, ale z zaciekawieniem się jej przygląda i analizuje fenomen tekstów popularnych.

Nietrudno zgadnąć, dlaczego teksty popularne spotykają się z dezaprobatą "poważnych ludzi". Są to treści proste, oczywiste, powielające schematy, przejaskrawione i uproszczone. Skąd się zatem bierze magia popkultury która nam karze nieustannie się nią karmić i jest mocniejsza niż poczucie wstydu? W czym tkwi ta siła fatalna, która nasze oczy kieruje w stronę programu na MTV albo okładki Super Ekspresu?

Odpowiem jednym, kluczowym słowem: P R Z Y J E M N O Ś Ć.   

No dobrze, niech będzie przyjemność. Można oczywiście przyjąć, że większość ludzi sięga po teksty popularne, bo są nieskomplikowane, łatwe w odbiorze, a ich odczytanie na ogół nie wymaga zbytniego wysiłku intelektualnego. Ale jak to jest, że myślący człowiek, który nie stroni od tzw. kultury wysokiej, osoba świadoma przecież kiczu, tandety i wszelkich niedostatków popkultury, jest w stanie czerpać z jej odbioru przyjemność?


Owoce kultury popularnej, czyli newsy z Pudelka.

Po pierwsze: kultura popularna to taka sprytna bestia, która swoje wady potrafi przekuć w zalety. Zarzucamy jej przejaskrawienie i pogoń za tanią sensacją, a tymczasem skrycie obie te właściwości bardzo lubimy. Popularność kolorowej prasy i portali plotkarskich wynika z tego, że w sumie świetnie nam się czyta o cudzych patologiach, niezwykłych romansach, przedziwnych przypadkach i niezręcznych wpadkach. Mniej lub bardziej świadomie, zawsze z zapałem będziemy śledzić wszelkie odstępstwa od norm, nawet te podane nam w przesadzonej i kiczowatej formie. Zwłaszcza – jak dowodzi Fiske – jeśli w naszym prywatnym życiu sami do tych norm nie do końca przystajemy.

Po drugie: w prostym świecie kultury popularnej łatwo się zadomowić. Warto przeanalizować temat na przykładzie seriali telewizyjnych. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten z nas, kto nigdy nie dał się im uwieść. Z czystym zadowoleniem ulegamy magicznym światom seriali i chętnie identyfikujemy się z ich bohaterami.  Przypomina mi się w tym miejscu pewien sympatyczny film, w którym młodziutki Tobey Maguire tak bardzo zachłysnął się sielankowym życiem mieszkańców serialowego miasteczka, że aż... udało mu się przenieść w głąb telewizora, wprost do ulubionej telenoweli.


Ale eskapizm nie jest  jedynym wyjaśnieniem fenomenu popularności wyobrażonych światów. Zakłada się że przestrzeń popkultury oferuje pewną swobodę poruszania się w jej obrębie. Bohaterowie seriali telewizyjnych to na ogół dość schematyczne postaci. Ich jednowymiarowość sprawia, że szybko z nimi sympatyzujemy lub wręcz przeciwnie: prezentowane przez nich postawy i wyznawane wartości możemy łatwo wyszydzić. Widzowi pozostawia się tu pewną dowolność. Jak dowodzi Fiske, paradoksalnie złożoność  popularnych produkcji telewizyjnych, tkwi w tym, że odrzucają głębokie treści. Pokazując zaledwie szkic, oczywistość i uproszczenie, pozostawiają pewną lukę, którą widz ma zapełnić własnym społecznym doświadczeniem. Perypetie serialowych bohaterów angażują widza emocjonalnie do tego stopnia, że ten sam jest w stanie dookreślić i uzupełnić pewne sytuacje, nadać im głębię wedle swojej oceny.

 I tu już prosta droga wiedzie do odkrycia kolejnej ciekawej właściwości  kultury popularnej. Wiadomym jest, że operuje ona pewnymi schematami, które każdy odbiorca – niezależnie od wykształcenia czy doświadczenia – może z łatwością odczytać i zinterpretować, czerpiąc przy tym przyjemność. Ale odczytanie i interpretacja jest tutaj dowolna, a mówiąc ściślej  – każdy odbiorca może się w obrębie tekstu popularnego dowolnie poruszać, wyciągać z niego co tylko chce i nadawać nowe znaczenia. To tłumaczy dlaczego niektóre wytwory popkultury wzbudzają tak wielkie dyskusje. Dlaczego poważni publicyści, pisarze, badacze i nawet filozofowie tak się popkulturą interesują. Dlaczego pochylają się nad nią i ją analizują, czasem śmiertelnie poważnie, a czasem z przymrużeniem oka, mając z tego nielichą frajdę.

Analiza reality show "Warsaw Shore" na łamach "Dwutygodnika"

 Ta otwartość tekstów popularnych pozwala nam zatem na coś więcej niż tylko ich bierne i bezrefleksyjne przyjęcie. Fiske pisze o tekstach wytwarzalnych (jako łączących w sobie cechy tekstów pisalnych i czytalnych), które umożliwiają odbiorcy aktywne włączenie się w ich odczytanie, nadanie nowych znaczeń i stanie się tym samym ich współtwórcą.

Wiele by jeszcze można na ten temat powiedzieć i wiele też już zresztą  powiedziano, co tylko dowodzi jak potężna jest siła popkultury. Na zakończenie przypomnę, iż nie jest wcale tajemnicą, że Wisława Szymborska  pomiędzy lekturą Tomasza Manna a spłodzeniem poezji godnej Nobla, lubiła zasiąść przed telewizorem, by z wypiekami na twarzy śledzić kolejne odcinki „Dynastii” albo „Tańca z gwiazdami”, w którym występował jej ukochany bokser Andrzej Gołota. A zatem podnieś głowę, Drogi Czytelniku i wyzbądź się kompleksów. Możesz czuć się rozgrzeszony i dalej cieszyć się swoimi popkulturalnymi guilty pleasures.


Autor:
Weronika Ciągała

Mini korekta:
Weronika Fudała

piątek, 13 marca 2015

"You have 20 seconds to comply!"

Minęło już ponad 100 lat, odkąd na przełomie wieku XIX i XX społeczeństwo wpadło w głęboką apatię wraz z pojawieniem się nowego nurtu światopoglądowego zwanego dekadentyzmem. Jego zwolenników nieustannie dręczyło poczucie beznadziejności i pesymizmu spowodowane raptownym skokiem technologicznym, uprzedmiotowieniem człowieka oraz zbliżającym się w ich mniemaniu zmierzchem cywlizacji. Taki tok myślenia prowadził ich do ponurych wniosków: zmierzają ku zagładzie (co historia po części udowodniła w bardzo bolesny sposób).  

Pierwsza rewolucja przemysłowa oraz druga - technologiczna - przeniosły wielkie zmiany: polepszenie sytuacji materialnej społeczeństw, rozwój medycyny umożliwiający poprawę stanu sanitarnego miast, powstanie przełomowych wynalazków, które dziś uważamy za oczywistość i dobra podstawowe.        


Fin de siècle  i początek XXI wieku łączy niespodziewanie wiele. Postęp technologiczny uparcie nie chce się zatrzymać, ignorując bardzo liczne, krytyczne głosy. Świat zmaga się z wieloma kryzysami ekonomicznymi, politycznymi i ekologicznymi. W korporacjach kwitnie wyzysk, choroby cywilizacyjne zbierają krwawe żniwo, a maszyny odbierają coraz więcej miejsc pracy ludziom. Są tańsze. I (na razie?) się nie buntują.       

Determinizm technologiczny (zakładający kluczową rolę technologii w kreacji ładu społecznego oraz kierunku, w którym to społeczeństwo ma zmierzać) wyjaśnia takie zmiany, określając je mianem "postępu".  Porządkiem rzeczy jest jej stopniowy rozwój, który z zasady powinien być jasno określony i możliwy do przewidzenia, mając przy tym pośredni i bezpośredni wpływ na historię, ludność i - rzecz jasna - gospodarkę.      

Dzisiejsze pokolenie jest uszczypliwie nazywane "pokoleniem długiego kciuka", a internet czy prasa są pełne ekspertów bijących na alarm i głoszących pesymistyczne sądy na temat przyszłości. Ich opinie są w pełni słuszne, biorąc pod uwagę ilość czasu spędzanego w towarzystwie komputera, smartfona, telewizji czy "na fejsie" przez dzieci i młodzież. Wcale nie zaskakującym jest dziś obraz 6-latka z najnowszym modelem iPhone'a czy obecność na Facebook'u nawet noworodków (dzięki "uprzejmości" rodziców). Sam zetknąłem się z podobną sytuacją w gimnazjum: podczas jednej z lekcji nauczyciel skonfiskował koleżance telefon, na co ta zaczęła płakać i zemdlała. Takie skrajne przykłady niepokoją szczególnie, gdy pomyślimy jak niewiele czasu zajęło dojście do takiej sytuacji. Jak więc określą naszą cybernetyczną epokę za 100 lat przyszłe pokolenia?      

Bez wątpienia media formują nas i uszlachetniają. To od nich zależy interpretacja przekazu. Pozytywnych aspektów ich działań jest równie dużo lub więcej, niż negatywnych, ale w nieodpowiednich proporcjach to co leczy, może zabić. Z pozoru obiecujące cechy takie, jak wielofunkcyjność mogą okazać się na dłuższą metę destruktywne - nie tylko w kwestii możliwego uzależnienia, ale porzuceniu wiary we własne umiejętności i pozostawieniu wszystkiego programom oraz gadżetom. Solucjonizm, który zakłada rozwiązywanie wszelakich problemów za pomocą technologii, nie jest więc kierunkiem, w którym powinien udać się wspomniany rozwój techniczny. Jak mówił Sokrates: Jemy, aby żyć,  a nie żyjemy, aby jeść.     

Za przykład ilustrujący uzależnienie może posłużyć także wątek jednej z pierwszoplanowych postaci książki "Requiem for a Dream" oraz losy jej filmowej adaptacji w reżyserii Darrena Aronofskiego.  Mowa tu o Sarze Goldfarb, matce głównego bohatera, która prowadzi samotne życie w ciemnym mieszkaniu w jednej z sennych dzielnic Nowego Jorku.  Brak obecności syna w domu oraz pustka po zmarłym mężu wytworzyły w bohaterce potrzebę oderwania się od ponurej rzeczywistości i chęć kontaktu ze światem zewnętrznym. Jedynym obiektem zainteresowania kobiety stała się telewizja, która zaczęła definiować jej cele życiowe. Oglądając codziennie ten sam talk-show, wyobrażała  sobie siebie po drugiej stronie ekranu - jako młodszą, zgrabniejszą kobietę z synem, który odnosi sukcesy. Jedno uzależnienie doprowadziło do drugiego, tabletek na odchudzanie. Telewizja zostaje w "Requiem.." przedstawiona jako bardzo niebezpieczne narzędzie, które jest w stanie osoby nieuświadomione czy naiwne uczynić więźniami (często bezmyślnej) treści i uczestnikami wyścigu szczurów - pogoni za lansowaną modą.     

Kadry z filmu "Requiem for a Dream"
Nieobcy jest też naszym czasom wątek inwigilacji osób prywatnych w Internecie. Nagłośnione ostatnio sprawy Facebooka czy whistleblowera Edwarda Snowdena to tylko kropla w morzu afer. Chęć szpiegowania ludzi przez rząd bądź prywatne korporacje wydaje się być w erze Internetu dziecinnie łatwa do zrealizowania. Pytanie tylko, co może się stać, gdy nawet szpiegujący nie są w stanie w pełni zapanować nad zdobywanymi informacjami?       

Sprawę buszujących w internecie i czyhających na nieświadomych ludzi hakerów przedstawia gra komputerowa Watch_Dogs (współtworzona przez grupę hakerów). Akcja toczy się w dystopicznej wersji Chicago, gdzie cała infrastruktura miasta, dane osobowe, konta bankowe oraz rozgłośnie radiowe i telewizyjne zarządzane są przez jeden, centralny system operacyjny. Protagonistą gry jest zaś haker, który potrafi nim manipulować i wykorzystywać go do szkodzenia lub pomagania ludziom na różnorakie sposoby. Mieszkańcy w pełni ufają systemowi, który decyduje co zobaczą i od którego zależy na przykład ich bezpieczny powrót do domu. Watch_Dogs zadaje następujące pytanie: czy warto za cenę prywatności i wolności osobistej pozbyć się poczucia odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo?
     
Kadr z gry Watch_Dogs
Mówiąc o wyobrażeniach przyszłości, warto wspomnieć lata 80. Twórcy powstających ówcześnie produkcji science fiction spoglądali w nadchodzące millenium z nadzieją, fascynacją i niczym nieskrępowaną wyobraźnią. Saga "Star Wars" stworzyła wielofunkcyjne roboty i system komunikacji oparty na hologramach, co pozwalało na bardziej "personalną" rozmowę niż ta jaką oferuje choćby Skype. "Terminator" i "Robocop" dały nadzieję na powstanie cyborgów i implantacje elektroniki do ludzkiego ciała, ale przestrzegały przez tzw. "buntem maszyn". Zrobiony w konwencji filmu noir "Blade Runner" przedstawił zagmatwane relacje ludzi z ledwie odróżnialnymi klonami w dystopicznym Los Angeles. Odmienną wizję zaprezentował "Obcy", w którym to ludność podbija kosmos by następnie eksploatować bazę surowcową innych planet. Cywilizacja dysponuje tu techniką hibernacji czy długich podróży po galaktyce, ale korzysta z przestarzałego sprzętu oraz monochromatycznych wyświetlaczy, ufając tylko jednemu środkowi komunikacji - radiu.

Kadr z filmu "Terminator"
Kadr z filmu "Obcy"
Jednakże jednym z najsłynniejszych komentarzy dotyczących sztucznej inteligencji jest trylogia "Matrix" w reżyserii rodzeństwa Wachowskich. Buduje ona teorię cybernetycznego, sztucznego Wielkiego Brata (znanego ze słynnej powieści George'a Orwella "1984" czy powstałej znacznie później, niezależnej gry komputerowej, "Amnesia: A Machine for Pigs"). W trylogii realny świat zamieszkany przez ludzi okazuje się być fikcyjną projekcją, wytworzoną przez sztuczną inteligencję. Ta z kolei już dawno sprowadziła cywilizację ludzką do poziomu pokarmu, wykorzystując ją do własnego rozwoju. Tylko nieliczni mają okazję "obudzić się" i trafić do postapokaliptycznego świata, w którym wojownicy z podziemia stawiają opór hodującym ich maszynom.  

Kadry z filmu "Matrix"
Głębia takiej - choć fantastycznej - wizji daje się bezproblemowo przełożyć na zachodzące dzisiaj zmiany: rozwój robotyki, uzależnienia czy naoczny kontrast pomiędzy szarą rzeczywistością a atrakcyjnym światem wirtualnym.       

Słowem podsumowania: rozwój mediów i technologii jest niewątpliwie procesem, który zmienia świat i vice versa. W natłoku elektroniki, gadżetów, aplikacji, Internetu itd. kluczowymi wydają się być kwestie odpowiedniego przygotowania do obcowania z mediami oraz zachowania zdrowego rozsądku w trakcie korzystaniu z czasem absurdalnie banalnych lub niepotrzebnych "udogodnień". A te łatwo znaleźć na każdym kroku: w samochodach, smartfonach, komputerach. Coraz to głębsze, a co za tym idzie - trwalsze odrywanie się od rzeczywistości, wraz ze stopniowym uzależnianiem się od programów, mogą pewnego dnia doprowadzić do sytuacji, w której wojna z A.I. nie będzie brzmiała tak nieprawdopodobnie, jak dziś.

Autor:
Jan Szafraniec

Korekta/edycja:
Weronika Fudała

niedziela, 8 marca 2015

Marshall McLuhan - prorok XXI wieku?

Niewątpliwie rozwój mediów to niepohamowany proces, w wyniku którego przybywa coraz to więcej sposobów dostarczania informacji. Na początku społeczeństwo przekazywało sobie treści w sposób werbalny. W momencie wynalezienia druku można już było spisać owe słowa, a gdy elektronika zaczęła udoskonalać świat, napływ nowych urządzeń medialnych okazał się bardzo gwałtowny. 

Zjawisko to, opisane przez Jay’a Bolter’a i Richard’a Gruzin’a w książce pod tytułem "Remediacja" polega na zastępowaniu jednego medium stanowiącego w danym czasie dominujący środek rozpowszechniania literatury przez medium inne, nowsze. Część cech tego pierwszego zostaje zachowanych, reszta ulega przekształceniu bądź zanikowi.

Codziennie z każdej strony dociera do nas natłok informacji przesyłanych za pomocą różnego rodzaju środków przekazu. Instynktownie skupiamy się na treści zawartej w tych komunikatach zrzucając nieco na drugi plan formę, której użyto do ich dostarczenia. Lecz czy na pewno nasze pojmowanie uwarunkowane jest wyłącznie samą treścią, czy może już sposób przedstawienia jest sam w sobie przekazem? Zagadnienie to postanowił zgłębić człowiek, który za swoje dokonania wymieniany był jednym tchem z takimi nazwiskami jak Newton, Freud, Einstein czy Pawłow (chociaż w młodości nie uzyskał nawet promocji do szóstej klasy!) - jeden z największych teoretyków komunikacji - Marshall McLuhan.



The Medium is the Message, co można tłumaczyć jako medium jest przekazem bądź przekaźnik jest przekazem, to hasło przytaczane po dziś dzień, a które zostało po raz pierwszy użyte właśnie przez wspomnianego wcześniej badacza. W wydanej w 1964 roku książce "Understanding Media" McLuhan uważa, że to środek przekazu obwieszczający nam pewne informacje determinuje sposób odbioru i że media są przedłużeniem zmysłów człowieka. Korzystając na przykład z telefonu przedłużamy nasz słuch, zaś gdy oglądamy telewizję dotyk (nie wzrok jak stwierdziłaby pewnie większość z nas) ulega podobnemu rozciągnięciu. Teoretyk opisywał to w następujący sposób: […] właśnie dotyk wymaga największego współudziału wszystkich zmysłów. […] W istocie widz staje się ekranem, w filmie zaś staje się kamerą […] Krótko mówiąc, istotą oglądania telewizji jest intensywne uczestnictwo i niska wyrazistość.

Kontynuując wywód uczony podzielił media na dwie grupy. Pierwsza z nich – gorąca - przy odbiorze wymaga uwagi tylko jednego zmysłu, natomiast druga – zimna – angażuje ich już kilka jednocześnie. Kolejny raz telewizja okazuje się być ciekawym przykładem, ponieważ pomimo, wydawać by się mogło, obfitego wylewu informacji, według McLuhan’a i tak jest medium niepełnym, zmuszającym nas do uzupełniania niedopowiedzeń.

Zobrazowanie hasła The Medium is the Message możemy zaobserwować choćby na przykładzie tegorocznych zdobywców Oscara. Filmy "Whiplash" oraz "Birdman" bronią się już samą konwencją reżyserów: w pierwszym mamy do czynienia z zawrotnym tempem i żywiołowością muzyki, w drugim z teatralnością obrazu.

Kadr z filmu "Whiplash"

Damien Chazelle, reżyser "Whiplasha" umiejętnie wprowadza widzów w świat muzyki rozpoczynając swój film od uderzeń perkusisty. Muzyka jazzowa jest tutaj jedną z postaci i centrum całej fabuły oraz konwencji. To ona buduję napięcie i emocje każdej sceny. Gra aktorska jest jedynie koloryzującym dodatkiem. "Whiplash" opowiada o skromnym perkusiście, który aby zyskać szacunek nauczyciela i miejsce w prestiżowej orkiestrze, pokonuje wszelkie granice wytrzymałości i - jak niektórzy twierdzą - zdrowego rozsądku. Jego talent rozwija się do wręcz niewyobrażalnych rozmiarów, ale nie odbywa się to bez poświęceń. Sceny niekończących się treningów i występów mówią same za siebie. Gra na perkusji jest jak dialog, który obnaża prawdę i sedno historii.

Kadr z filmu "Birdman"

Alejandro Gonzáleza Inárritu stworzył "Birdmana" tak, jak gdyby był niekończącą się sztukę teatralną. Za sprawą długich ujęć oraz perfekcyjnego montażu widz ma wrażenie, że film nakręcony jest w jednym ciągu, a historia toczy się "na żywo". To samo ma miejsce właśnie w teatrze. Fabuła skupia się na gwiazdorze u schyłku kariery, który decyduje się wynająć broadwayowski teatr, by tam zagrać rolę swojego życia. Nie przypadkowo w tytułową postać wciela się Michael Keaton. W jego biografii można by bez problemu dopatrzeć się analogicznych zdarzeń. Jednak sama historia to nie wszystko, co film ma nam do zaoferowania. Inárritu pokazuje poprzez swój obraz w jaki sposób teatr jest w posiadaniu mocy obnażania tego, co prawdziwe w człowieku. Jeden z głównych bohaterów komentuje swoje życie mówiąc, że wszystko w nim jest fałszywe - tylko na scenie mówi prawdę.  Bo cały film jest jedną wielką sceną, popisem teatralności. I dzięki temu obraz opowiada historię głównego bohatera tak realistycznie.

Choć od wydania książki Marshalla McLuhana minęło ponad pięćdziesiąt lat, idea globalnej wioski oraz remediacji jest bardziej aktualna teraz, niż kiedykolwiek. Podział na media gorące i ziemne może się zmieniać wraz z rozwojem technologii, ale ideologia kształtowania społeczeństwa poprzez media pozostaje nadal adekwatna. Każdy z nas może bez trudu znaleźć w życiu codziennym odnaleźć przykłady na poparcie sławnego cytatu The Medium is the Message, gdyż nośnik informacji często decyduje o tym w jaki sposób dana wiadomość zostanie odebrana. Dlatego też nie mamy wyjścia, musimy się zgodzić ze stwierdzeniem jakże intrygującej Joan Harris z “Mad Menów” - The Medium TRULY Is The Message.

Autorzy:
Weronika Fudała