Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Szafraniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Szafraniec. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Wszystko i nic

Zawsze chcemy być przygotowani na każdą sytuację. Myślimy co dzień, co musimy zabrać, czego będziemy potrzebować, z czego skorzystamy. Mnogość przedmiotów, do których stale się przywiązujemy i z których korzystamy na co dzień w domach, biurach, na wakacjach czy w pracy, może przyprawić zwykłego użytkownika o zawrót głowy. Technologia cały czas się rozwija, więc i przybywa urządzeń, które musimy organizować i uczyć się nimi posługiwać. Jak więc lepiej gospodarować środkami, które na owe urządzenia wydajemy i przestrzenią, którą zajmują?

Z pomocą przychodzą człowiekowi urządzenia konwergentne, a więc takie, które łączą w sobie funkcje różnych maszyn, robiąc wszystko naraz. W miejscach, gdzie minimalizacja nie ma sensu (biura, warsztaty) najlepiej sprawdzają się właśnie takie urządzenia, które stanowią swoiste centrum i perfekcyjne wyważenie potrzeb wszystkich użytkowników.  Dla przykładu, kserokopiarka łączy w jednym miejscu nowoczesna drukarkę, kolorowe ksero i skaner. Jako maszyna wielofunkcyjna, sprawi się o wiele lepiej - wszystko można załatwić w jednym miejscu bez uruchamiania 3 osobnych urządzeń.

Proces jednolicenia narzędzi zaczął się od scyzoryków. Najprostsze wersje tych urządzeń (z ang. pocket knife) pochodzą jeszcze z czasów Cesarstwa Rzymskiego, jednakże nie były one stricte wielofunkcyjne. Te zaczęto produkować w Szwajcarii (dobrze znana marka Victorinox) dla armii. Żołnierze (m.in. II WŚ) potrzebowali wielu poręcznych narzędzi, które łatwo przewozić. Taka potrzeba zaowocowała swoistym cudem inżynieryjnym, jakimi są dzisiejsze scyzoryki. Noże, nożyczki, śrubokręty, długopis, piła do metalu, pilnik...to wszystko w małym i poręcznym narzędziu, które łatwo przenieść i używać.

 

Ale przeciętny posiadacz scyzoryka i tak posiada w domu osobną parę nożyczek czy też śrubokręty. Tak samo posiadacz high-endowego smartfona z szybkim procesorem posiada w domu komputer, aparat, router Wi-fi, konsolę do gier, a może nawet i telefon stacjonarny. Urządzenia konwergentne postrzegamy w pewnym sensie jako zminiaturyzowane wersje znanych nam przyrządów i nie uznajemy ich funkcji jako pełnych. Dodatkowo, nie uznajemy je za nie tyle wybrakowane, co mające formę ciekawe gadżetu, którym można poradzić sobie z najprostszymi czynnościami. Smartfonem zrobimy zdjęcia na koncercie, wykadrujemy je i wrzucimy na Facebooka, ale nie przeprowadzimy sesji fotograficznej, która wymaga dobrego aparatu, porządnej obróbki i mocnego komputera. Można więc dojść do prostego wniosku, że pomimo bycia interesujacym gadżetem, urządzenia konwergentne robią naraz wszystko i nic. 


Gdzie więc udadzą się producenci w następnych dekadach? Dobrym zobrazowaniem takich urządzeń może być uroczy i nieśmiertelny bohater sagi Star Wars - R2D2. Ten mały robot, który w zasadzie jest cylindrem z dwoma kołami wielokrotnie ratował w czarnej godzinie inne postaci filmu. Podłączy się do drzwi na Gwieździe Śmierci, wyświetli hologram, zespawa zerwane układy w statku kosmicznym. Warto też dodać, że model takiego robota jest w świecie Star Wars bardzo popularny. Pełni wiele funkcji, jest mobilny i wszechobecny. 


Innym świetnym przykładem jest główny bohater kreskówki “Inspektor Gadżet”, który, jako cyborg, dosłownie ma w sobie wszystkie funkcje i wykorzystuje je w swoich śledztwach. Tak jak R2D2 i szereg innych robotów z filmów sci-fi jest przykładem na wykorzystywanie AI do pomagania człowiekowi w wymiarze mechanicznym, łącząc robota z androidem. 


Urządzenia konwergentne to już nie tylko smartfony czy scyzoryki. W MP3 znajdziemy proste gry czy obsługę kanałów RSS. Telewizor połączymy z Internetem. Na PlayStation 3 możemy obejrzeć filmy na Blu-rayu i skorzystać z przeglądarki internetowej. Przykładów nakładania się funkcji jest bez liku, co jedynie może zaostrzać ciekawość na to, jak daleko posuną się producenci by urozmaicać swoje produkty.


Autor:
Janek Szafraniec

niedziela, 26 kwietnia 2015

W następnym odcinku...

Telewizja wyrobiła na przestrzeni dekad całkiem pokaźny zestaw znaczeń słowa "widowisko". Pierwsze - towarzyszące jej, gdy jeszcze raczkowała - czyli wspólne spędzanie czasu z rodziną mające formę "czasu świętego", wyznaczyło jej walory socjalizujące. Następne, związane jest już nie tyle z tym "gdzie i z kim" się ogląda, ale "co" się ogląda, poprzez raptownie urozmaicanie gamy programów. Telewizja, podobnie jak w przypadku najmniejszych komórek społeczeństwa, nadaje też ogółowi poczucie wspólnoty poprzez światowe wydarzenia np. Olimpiada lub Mundial, przenosząc atmosferę stadionów do domostw i małych miasteczek. Emisja filmów w piątkowych ramówkach czy w święta podniosła znaczenie telewizji niemal do poziomu seansu kinowego. Słowem, zawsze starała być dla widza wymarzonym widowiskiem, spełniając dla niego różne role.


Jednakże najpopularniejszym  typem widowiska, z którym kojarzymy telewizję, to serie. Serie programów kulinarnych, o modzie, seriale czy nawet codzienne wiadomości przyciągają uwagę i przyzwyczajają do siebie odbiorców. Stają się codziennym elementy życia, popkultury. Ich funkcję są różnorodne: informacyjne, hobbistyczne, rozrywkowe. Dziesiątki talk show, reality show, talent show angażują na różnych płaszczyznach: kibicujemy temu konkretnemu uczestnikowi w "You can dance", chcemy znać ciąg dalszy losów bohaterów "The Walking Dead", jesteśmy ciekawi nowych osobowości w "Mam Talent".

Wydawać by się mogło, że w takiej formie przekazowi telewizyjnemu będzie dobrze, bo po prostu spełnia on swoją rolę. Z takiego porządku rzeczy postanowił zrezygnować odłam zwany quality TV. W założeniu prezentuje lepszą jakość formy i treści przekazu, wiec najłatwiej utożsamić taką dziedzinę z kablówką. Dodatkowe kanały oferują ekskluzywne seriale, emisję wszystkich meczów lig zagranicznych, filmowe hity dostępne w domu krótko po premierze kinowej, a to wszystko w krystalicznej jakości HD. Polityka "więcej i lepiej", za która rzecz jasna należy słono zapłacić, nie jest w tym przypadku strzałem kulą w płot, bo nierzadko owocuje ona faktycznie interesującym i "wysublimowanym" produktem.

Przykładów seriali, które są ekskluzywnym dobrem, jest bez liku. Wzystkie mają jeden wspólny mianownik: uczynienie swojego wytworu jak najbardziej atrakcyjnym i ambitnym. Posłużmy się ostatnio powstałym serialem "The Knick" wyprodukowanym dla amerykańskiego kanału Cinemax, będącego własnością HBO.


"The Knick" przenosi widza do Nowego Jorku początku XX wieku, okresu odkryć i wynalazków, zaś dla USA - czasu napływu imigrantów. Jego fabuła skupia się wokół jednego z działających tam szpitali. Główny bohater, Dr. Tahckery, to lekarz ordynator tytułowego Knicka i uzależniony od kokainy pionier nowoczesnej medycyny, kreowany na szaleńczego geniusza. Reszta postaci to zbiór osobistości z różnych klas i grup społecznych, wchodzących ze sobą w różne relacje. Brzmi znajomo?


Co więc czyni go wyjątkowym? Oczywiście kwestie techniczne i treść. Całość wyreżyserował Steven Soderbergh, który na koncie ma filmy takie jak: "Contagion", "Panaceum", "Solaris" czy "Ocean's Eleven". W rolę owego lekarza-geniusza wciela się Clive Owen, a o oprawę muzyczną zadbał Cliff Martinez - minimalistyczny kompozytor znany ze współpracy z Nicholasem Windingiem Refnem i właśnie Soderberghiem. Scenografia i wielość naturalistycznych detali w kolejnych operacjach zachwycaja dokładnością oddania realiów, natomiast  sama fabuła nie kojarzy się z typowym telewizyjnym serialem opartym na płytkich postaciach, fabularnych kliszach i słabych cliffhangerach. Jest bardzo stonowana, skupia się na rozwoju interesujących postaci, nie jest ugładzona i nie stara się uszczęśliwiać widza na siłę. Chłodne, kliniczne i jasne obrazy, które pokazuje Soderbergh nie ustępują niczym pełnoprawnym filmowym produkcjom.
Kadry z serialu "The Knick"
Dlaczego więc powstał serial, który jakością mógłby zawstydzic niemałą grupę kinowych produkcji? Pomimo anagżującej atmosfery, oglądanie 10 sennych odcinków może męczyć lub paradoksalnie nie sprawiać żadnej przyjemności, a - jak wspominaliśmy na blogu przed paroma tygodniami - o tę przyjemność właśnie chodzi. Produkcje takie jak "The Knick, "Gra o tron", "Rodzina Borgiów", "Breaking Bad" czy "Sherlock" starają się ulepszyć telewizję, pozwalając na nią spojrzeć z perspektywy innej niż wieczorne wiadomości i "Kevin sam w domu" (emitowanego w KAŻDE święta Bożego Narodzenia). Sam fakt chęci producentów do urozmaicenia ramówki i wyciągania ręki do innego widza bez waloryzacji swoich tworów, świadczy, że telewizja, jako medium, dalej się rozwija i stara się sprostać kolejnym wymogom społeczeństwa.
Quality TV to także pośrednio element popkultury - choćby dzięki szalonej oglądalności produkcji HBO. Najnowszą z nich jest bijąca wszelkie rekordy "Gry o tron" z obsadą pełną hollywoodzkich gwiazd, wspaniałym uniwersum i muzyką od ucznia sławnego Hansa Zimmera - Ramina Djawadiego. Wydawałoby się, że to już wystarczy, by uczynić serial tematem dyskusji. Tak w gruncie rzeczy nie jest. Zabiegi stosowane przez autora literackiego pierwowzoru George'a R.R Martina (masowe uśmiercanie kolejnych postaci, liczne  sceny erotyki i przemocy, pamiętne cytaty) umiejscowiły w kulturze książki i serial jako fenomen sam w sobie, stający się tematem dyskusji, parodii, krytyki np. poprzez internetowe memy czy obecność w kreskówkach takich jak "South Park". Serial, w tak niezależnej formie, zdobył widzów i popularność nie tylko przez sam poziom relegalizacji i fabułę, ale również poprzez zabiegi, które twórcy mogli zastosować w produkcji, bez potrzeby ograniczania wyobraźni restrykcjami masowej telewizji.

               
O tym, czym będzie quality TV w przyszłości, możemy tylko mniemać. Dotychczasowe efekty starań producentów mające na celu zróżnicowanie repertuaru na tle innych stacji skłaniają jednak do pozytywnych prognoz. Należy zaznaczyć, że podwyższanie standardów, jak i wiara w widza, który jest w stanie czerpać radość z rodzajów programów o rożnym poziomie realizacji, może przy nierozsądnej polityce spowodować upadek marki. Nadmiar ambicji i wymuszone przebijanie samej siebie to ostatecznie utrata lat ciężkiej pracy nad budowaniem aury wyjątkowości oraz - przede wszystkim - widza, który już nie zechce dowiedzieć się "co będzie w następnym odcinku".

       

Autor:
Jan Szafraniec

Korekta:
Weronika Fudała

piątek, 13 marca 2015

"You have 20 seconds to comply!"

Minęło już ponad 100 lat, odkąd na przełomie wieku XIX i XX społeczeństwo wpadło w głęboką apatię wraz z pojawieniem się nowego nurtu światopoglądowego zwanego dekadentyzmem. Jego zwolenników nieustannie dręczyło poczucie beznadziejności i pesymizmu spowodowane raptownym skokiem technologicznym, uprzedmiotowieniem człowieka oraz zbliżającym się w ich mniemaniu zmierzchem cywlizacji. Taki tok myślenia prowadził ich do ponurych wniosków: zmierzają ku zagładzie (co historia po części udowodniła w bardzo bolesny sposób).  

Pierwsza rewolucja przemysłowa oraz druga - technologiczna - przeniosły wielkie zmiany: polepszenie sytuacji materialnej społeczeństw, rozwój medycyny umożliwiający poprawę stanu sanitarnego miast, powstanie przełomowych wynalazków, które dziś uważamy za oczywistość i dobra podstawowe.        


Fin de siècle  i początek XXI wieku łączy niespodziewanie wiele. Postęp technologiczny uparcie nie chce się zatrzymać, ignorując bardzo liczne, krytyczne głosy. Świat zmaga się z wieloma kryzysami ekonomicznymi, politycznymi i ekologicznymi. W korporacjach kwitnie wyzysk, choroby cywilizacyjne zbierają krwawe żniwo, a maszyny odbierają coraz więcej miejsc pracy ludziom. Są tańsze. I (na razie?) się nie buntują.       

Determinizm technologiczny (zakładający kluczową rolę technologii w kreacji ładu społecznego oraz kierunku, w którym to społeczeństwo ma zmierzać) wyjaśnia takie zmiany, określając je mianem "postępu".  Porządkiem rzeczy jest jej stopniowy rozwój, który z zasady powinien być jasno określony i możliwy do przewidzenia, mając przy tym pośredni i bezpośredni wpływ na historię, ludność i - rzecz jasna - gospodarkę.      

Dzisiejsze pokolenie jest uszczypliwie nazywane "pokoleniem długiego kciuka", a internet czy prasa są pełne ekspertów bijących na alarm i głoszących pesymistyczne sądy na temat przyszłości. Ich opinie są w pełni słuszne, biorąc pod uwagę ilość czasu spędzanego w towarzystwie komputera, smartfona, telewizji czy "na fejsie" przez dzieci i młodzież. Wcale nie zaskakującym jest dziś obraz 6-latka z najnowszym modelem iPhone'a czy obecność na Facebook'u nawet noworodków (dzięki "uprzejmości" rodziców). Sam zetknąłem się z podobną sytuacją w gimnazjum: podczas jednej z lekcji nauczyciel skonfiskował koleżance telefon, na co ta zaczęła płakać i zemdlała. Takie skrajne przykłady niepokoją szczególnie, gdy pomyślimy jak niewiele czasu zajęło dojście do takiej sytuacji. Jak więc określą naszą cybernetyczną epokę za 100 lat przyszłe pokolenia?      

Bez wątpienia media formują nas i uszlachetniają. To od nich zależy interpretacja przekazu. Pozytywnych aspektów ich działań jest równie dużo lub więcej, niż negatywnych, ale w nieodpowiednich proporcjach to co leczy, może zabić. Z pozoru obiecujące cechy takie, jak wielofunkcyjność mogą okazać się na dłuższą metę destruktywne - nie tylko w kwestii możliwego uzależnienia, ale porzuceniu wiary we własne umiejętności i pozostawieniu wszystkiego programom oraz gadżetom. Solucjonizm, który zakłada rozwiązywanie wszelakich problemów za pomocą technologii, nie jest więc kierunkiem, w którym powinien udać się wspomniany rozwój techniczny. Jak mówił Sokrates: Jemy, aby żyć,  a nie żyjemy, aby jeść.     

Za przykład ilustrujący uzależnienie może posłużyć także wątek jednej z pierwszoplanowych postaci książki "Requiem for a Dream" oraz losy jej filmowej adaptacji w reżyserii Darrena Aronofskiego.  Mowa tu o Sarze Goldfarb, matce głównego bohatera, która prowadzi samotne życie w ciemnym mieszkaniu w jednej z sennych dzielnic Nowego Jorku.  Brak obecności syna w domu oraz pustka po zmarłym mężu wytworzyły w bohaterce potrzebę oderwania się od ponurej rzeczywistości i chęć kontaktu ze światem zewnętrznym. Jedynym obiektem zainteresowania kobiety stała się telewizja, która zaczęła definiować jej cele życiowe. Oglądając codziennie ten sam talk-show, wyobrażała  sobie siebie po drugiej stronie ekranu - jako młodszą, zgrabniejszą kobietę z synem, który odnosi sukcesy. Jedno uzależnienie doprowadziło do drugiego, tabletek na odchudzanie. Telewizja zostaje w "Requiem.." przedstawiona jako bardzo niebezpieczne narzędzie, które jest w stanie osoby nieuświadomione czy naiwne uczynić więźniami (często bezmyślnej) treści i uczestnikami wyścigu szczurów - pogoni za lansowaną modą.     

Kadry z filmu "Requiem for a Dream"
Nieobcy jest też naszym czasom wątek inwigilacji osób prywatnych w Internecie. Nagłośnione ostatnio sprawy Facebooka czy whistleblowera Edwarda Snowdena to tylko kropla w morzu afer. Chęć szpiegowania ludzi przez rząd bądź prywatne korporacje wydaje się być w erze Internetu dziecinnie łatwa do zrealizowania. Pytanie tylko, co może się stać, gdy nawet szpiegujący nie są w stanie w pełni zapanować nad zdobywanymi informacjami?       

Sprawę buszujących w internecie i czyhających na nieświadomych ludzi hakerów przedstawia gra komputerowa Watch_Dogs (współtworzona przez grupę hakerów). Akcja toczy się w dystopicznej wersji Chicago, gdzie cała infrastruktura miasta, dane osobowe, konta bankowe oraz rozgłośnie radiowe i telewizyjne zarządzane są przez jeden, centralny system operacyjny. Protagonistą gry jest zaś haker, który potrafi nim manipulować i wykorzystywać go do szkodzenia lub pomagania ludziom na różnorakie sposoby. Mieszkańcy w pełni ufają systemowi, który decyduje co zobaczą i od którego zależy na przykład ich bezpieczny powrót do domu. Watch_Dogs zadaje następujące pytanie: czy warto za cenę prywatności i wolności osobistej pozbyć się poczucia odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo?
     
Kadr z gry Watch_Dogs
Mówiąc o wyobrażeniach przyszłości, warto wspomnieć lata 80. Twórcy powstających ówcześnie produkcji science fiction spoglądali w nadchodzące millenium z nadzieją, fascynacją i niczym nieskrępowaną wyobraźnią. Saga "Star Wars" stworzyła wielofunkcyjne roboty i system komunikacji oparty na hologramach, co pozwalało na bardziej "personalną" rozmowę niż ta jaką oferuje choćby Skype. "Terminator" i "Robocop" dały nadzieję na powstanie cyborgów i implantacje elektroniki do ludzkiego ciała, ale przestrzegały przez tzw. "buntem maszyn". Zrobiony w konwencji filmu noir "Blade Runner" przedstawił zagmatwane relacje ludzi z ledwie odróżnialnymi klonami w dystopicznym Los Angeles. Odmienną wizję zaprezentował "Obcy", w którym to ludność podbija kosmos by następnie eksploatować bazę surowcową innych planet. Cywilizacja dysponuje tu techniką hibernacji czy długich podróży po galaktyce, ale korzysta z przestarzałego sprzętu oraz monochromatycznych wyświetlaczy, ufając tylko jednemu środkowi komunikacji - radiu.

Kadr z filmu "Terminator"
Kadr z filmu "Obcy"
Jednakże jednym z najsłynniejszych komentarzy dotyczących sztucznej inteligencji jest trylogia "Matrix" w reżyserii rodzeństwa Wachowskich. Buduje ona teorię cybernetycznego, sztucznego Wielkiego Brata (znanego ze słynnej powieści George'a Orwella "1984" czy powstałej znacznie później, niezależnej gry komputerowej, "Amnesia: A Machine for Pigs"). W trylogii realny świat zamieszkany przez ludzi okazuje się być fikcyjną projekcją, wytworzoną przez sztuczną inteligencję. Ta z kolei już dawno sprowadziła cywilizację ludzką do poziomu pokarmu, wykorzystując ją do własnego rozwoju. Tylko nieliczni mają okazję "obudzić się" i trafić do postapokaliptycznego świata, w którym wojownicy z podziemia stawiają opór hodującym ich maszynom.  

Kadry z filmu "Matrix"
Głębia takiej - choć fantastycznej - wizji daje się bezproblemowo przełożyć na zachodzące dzisiaj zmiany: rozwój robotyki, uzależnienia czy naoczny kontrast pomiędzy szarą rzeczywistością a atrakcyjnym światem wirtualnym.       

Słowem podsumowania: rozwój mediów i technologii jest niewątpliwie procesem, który zmienia świat i vice versa. W natłoku elektroniki, gadżetów, aplikacji, Internetu itd. kluczowymi wydają się być kwestie odpowiedniego przygotowania do obcowania z mediami oraz zachowania zdrowego rozsądku w trakcie korzystaniu z czasem absurdalnie banalnych lub niepotrzebnych "udogodnień". A te łatwo znaleźć na każdym kroku: w samochodach, smartfonach, komputerach. Coraz to głębsze, a co za tym idzie - trwalsze odrywanie się od rzeczywistości, wraz ze stopniowym uzależnianiem się od programów, mogą pewnego dnia doprowadzić do sytuacji, w której wojna z A.I. nie będzie brzmiała tak nieprawdopodobnie, jak dziś.

Autor:
Jan Szafraniec

Korekta/edycja:
Weronika Fudała