Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 maja 2015

Dusza w maszynie

W dobie nowoczesnych technologii, stale rozwijających się wszelkiego rodzaju urządzeń i sprzętów codziennego użytku, idea buntu maszyn, rodem z hollywoodzkiego filmu,  staje się coraz to bardziej prawdopodobna z roku na rok. W ostatnim wpisie zagłębialiśmy się w to w jakim stopniu obecna technologia i możliwości człowieka są w stanie przyczynić się do stworzenia tzw. AI  (eng. Artificial Intelligence, pol. "sztucznej inteligencji"). Jednak co jeśli czekając na w pełni świadomego robota zapomnieliśmy, że każda opowieść o ulepszonych maszynach zaczyna się nie od stworzenia nowego życia, a od ulepszenia tego, które już mamy? Co jeśli stworzenia określane mianem "cyborgów" w literaturze science-fiction żyją już wśród nas?

Ideologia transhumanistyczna zakładająca przezwyciężanie słabości ludzkiej natury poprzez użycie nauki i technologii, znajduje coraz większą liczbę popleczników. Jego definicję stworzył brytyjski filozof i futurolog, Max More:
Transhumanizm to klasa filozofii, które próbują kierować nas w stronę kondycji postludzkiej. Transhumanizm dzieli wiele elementów z humanizmem – przede wszystkim szacunek dla rozumu i nauki, nacisk na postęp i docenianie roli człowieczeństwa (czy transczłowieczeństwa) w życiu. Transhumanizm różni się od humanizmu przez przyzwolenie (a nawet oczekiwanie) na radykalne zmiany w naszej naturze i dostępnych nam możliwościach oferowanych przez różne nauki i technologie.
W myśl tej filozofii, tworzenie cyborgów, czyli połączenia człowieka i maszyny, jest naszą powinnością. Zadziwić może jednak fakt, iż wszelkiego rodzaju implanty, czy to rozruszniki serca, czy aparaty słuchowe, po nowoczesne protezy, w połączeniu z ludzkim ciałem tworzą książkowy przykład cyborgów.


Jak Neil Harbisson, malarz cierpiący na ślepotę barw, który dzięki urządzeniu stworzonym przez Cyborg Foundation, słyszy kolory. Urządzenie Eyeborg przetwarza dane obrazy, na odpowiadające im dźwięki, umożliwiając właścicielowi rozpoznawanie, aż 360 różnych barw. Neil Harbisson poszedł jednak o krok dalej i zapragnał, aby Eyeborg zaczął być uważany za część jego ciała. Postulat poparty opiniami jego lekarzy został zatwierdzony, co doprowadziło do zmiany zdjęcia paszportowego na wersję z urządzeniem na głowie.
Cyborg?

A także Jesse Sullivan, właściciel dwóch bionicznych rąk, które działają jak w pełni sprawne ręce. Po wypadku, który doprowadził do amputacji obydwu górnych kończyn, lekarze z Instytutu Rehabilitacji w Chicago założyli Sullivanowi sztuczny bark z rękami, które umożliwiają mu zginanie, chwytanie, a nawet czucie, podobnie jak Lukowi Skywalkerowi.
Cyborg?


Najbardziej ciekawym przypadkiem jest jednak dokonanie profesora cybernetyki Kevina Warwicka, który wszczepił we własne ciało implant pozwalający mu sterować maszynami. Dzięki niemu Warwick był w stanie poruszać elektroniczną ręką w Wielkiej Brytanii, będąc w Nowym Yorku.
Cyborg?

Przynajmniej z ostatnim przykładem chyba musimy się zgodzić. Rodzą się jednak pytania, ile czasu zajmie nam stworzenie pełnego skafandru podtrzymującego funkcje życiowe i czy sprawi to, że nasze codzienne życie będzie się prezentowało, jak w "Gwiezdnych Wojnach", "Robocopie", "Terminatorze", czy "Iron Manie"?
 

Są również tacy, którzy stoją w opozycji do tego rodzaju zabiegów i usilnie starają się przekonać nas o zagrożeniu jakie niesie ingerencja w naturę. Czy mamy prawo do samoudoskonalenia, skoro naura chciała abyśmy byli zależni od środowiska, narażeni na wszelkiego rodzaju schorzenia i choroby, a także zależni od upływającego czasu? Na razie nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak wpłynie nasza technologia na przyszłość ludzkości. Zwolennicy transhumanizmu wierzą, że cyborgizacja jest jedynie kolejnym etapem ewolucji, tyle że tym razem zależnej od nas - od rozumu i umiejętności człowieka, a w przyszłośći obok homo sapiens sapiens będą żyć homo sapiens transhumans.  Wydaję mi się, że dla każdego taka wizja może i zdawać się przerażająca, a cyborgizacja jedynie gwałtem na naturze, jednak powiedzmy sobie szczerze kto z nas nie chciałby być Tonym Starkiem?


Autor:
Maja Radwańska

niedziela, 10 maja 2015

W tym roku japońska firma Softabank rozpoczęła oficjalną sprzedaż pierwszych humanoidalnych robotów. Ładne, białe, wielkookie urządzenie nazywa się Pepper i potrafi wykonywać proste czynności domowe, a także nawiązać interakcję z człowiekiem: przeprowadzić rozmowę, odczytać prawidłowo mimikę rozmówcy i odpowiedzieć na jego nastrój. Sympatycznego robota może kupić sobie każdy, komu na przykład brakuje towarzystwa, a nie brakuje dwóch tysięcy dolarów w portfelu. Twórcy Peppera liczą jednak, że na razie trafi on przede wszystkim pod strzechy programistów i inżynierów, niezwiązanych z Softbankiem, którzy pomogą współtworzyć robota i zaoferują pomysły na jego dalszy rozwój. Przecież zabawa dopiero się zaczyna.



Zapewne fanom „Gwiezdnych wojen” przeszedł po plecach dreszcz podniecenia. Kto z nas nie czeka, by mieć wreszcie we własnym domu małego przyjaznego R2D2?!. Jednak komentarze zamieszczone pod doniesieniem o japońskim robocie pokazują, że opinie są mocno podzielone. „To przerażające!”, „Jak zawsze zaczyna się niewinnie...” - wieszczą złowróżbnie niechętni Pepperowi internauci. To jasne, że tego typu wynalazki budzą – poza zaciekawieniem – masę pytań, również tych natury etycznej. Do czego mają służyć humanoidalne maszyny? Do jakiego stopnia są w stanie zastąpić człowieka? Jaka będzie ich rola w przyszłości?

Trzeba zaznaczyć, że kreacja nowego „sztucznego życia” nie jest wcale wymysłem technologicznego rozwoju XXI wieku. Temat twórcy i powołanej przez niego do życia istoty fascynował ludzi niemalże „od zarania dziejów”, czego dowodem są jego liczne ślady w naszej kulturze. Chrześcijanie wierzą, że już pierwszy przedstawiciel rodu ludzkiego został przez Boga stworzony na swoje podobieństwo. Starożytni Grecy mieli natomiast swojego Prometeusza – to on ulepił z gliny pierwszego człowieka i tchnął w niego życie. Nie wychodząc poza mitologię: znana jest historia Pigmaliona, który nie mógł znaleźć dla siebie idealnej kobiety, więc postanowił ją sobie wyrzeźbić i zakochał się dopiero w swoim własnym dziele. A czy zastanawialiście się kiedyś nad niewinną zabawką jaką jest lalka? W czasie dziecięcej zabawy nadawaliśmy naszym lalkom, pacynkom czy marionetkom życie, a one dawały sobą sterować. Przykłady sztucznie ożywionych istot obecne są też w naszej literaturze. Potwór doktora Frankensteina. Golem. Pinokio. Złośliwy Alojzy, który doprowadził do zniszczenia Akademii Pana Kleksa (czy ktoś jeszcze pamięta tę straszną historię?).

I wreszcie kino! Rozwój technik filmowych w połączeniu z fascynująco szybkim postępem technologicznym w ogóle, zaowocował wysypem dzieł science fiction. Fantazja twórców nie ma końca, a zastępy robotów, androidów i cyborgów przewijają się przez nasze ekrany od lat. W lepszym lub gorszym wydaniu, dzieła te znajdują niezmiennie liczne grono oddanych fanów. 

Harrison Ford w ostatecznym starciu z androidem, przeżyjmy to jeszcze raz!

Jak widać, w naszej kulturze odnajdziemy szerokie spektrum wykreowanych przez człowieka istot. Większość z nich stworzona została, by służyć swoim twórcom, pomagać, zastępować im drugą osobę, dostarczać rozrywki, wykonywać dla nich trudne, niewygodne, czasem nawet okrutne zadania. Sztuczni ludzie czy roboty są im poddańczo wierne i całkowicie od nich zależne. W relacji „pan i jego sługa” tak to jednak czasem bywa, że poddany buntuje się i wchodzi na miejsce swego władcy. Typowy kolonizatorski lęk przed odwróceniem roli jest charakterystyczny dla kultur Zachodu i to właśnie ten lęk kieruje wspomnianymi wcześniej internautami krytykującymi japońskiego Peppera. Co jeśli stworzone przez nas maszyny obrócą się kiedyś przeciwko nam? Co jeśli wymkną nam się spod kontroli?

No dobrze, ale to przecież tylko gdybanie. Spokojnie, przecież na razie żaden cudowny R2D2 nie drepcze po moim mieszkaniu. Z drugiej strony hasła „służenie ludziom”, „ułatwianie życia”, „dostarczanie rozrywki”, „zastępowanie podczas trudnej pracy” brzmią dziwnie znajomo. Czy nie po to właśnie kupuję tyle magicznego elektronicznego sprzętu? Czy nie do tego służy mi laptop? I smartfon? I blender? Ale przecież nie będę bać się własnego blendera! Porównywanie tych obecnych dziś w każdym domu cudów techniki do sztucznych istot, mogących kiedyś zapanować nad własnym twórcą, wydaje się przesadą... A może niesłusznie? Tyle się dziś mówi, że zajęci wszechobecną technologią i wirtualnym światem, przestajemy zauważać siebie nawzajem. Siedzący przy jednym stoliku w restauracji ludzie, a każdy wpatrzony w ekran własnego telefonu – to obraz, który powoli przestaje nas dziwić. Dwa lata temu ogromne dyskusje wzbudził film Spike'a Jonza „Her”, w którym bohater nawiązuje miłosną relację z system operacyjnym. Rodzą się liczne pytania: czy maszyny będą kiedyś w stanie zastąpić relacje międzyludzkie? A może ten proces już zachodzi? Czy nasze uzależnienie od technologii jest symptomem tego, że zaczyna ona nami sterować? 


Jeśli ktoś ma ochotę podejmować te ponure kwestie w piękny majowy wieczór, serdecznie polecam wywiad z prof. Ebenem Moglenem pt. „Uwięzieni w Maszynie”. Bardzo ciekawe rozważania o tym, jak wszechobecna Maszyna („nasze telefony, komputery, karty, terminale, kamery dokoła, Internet i sieci komórkowe, oprogramowanie, satelity, światłowody, serwery, ci, którzy ich używają”) obserwuje nas i kreuje nasze zachowania. Przeczytajcie, a potem najlepiej wyłączcie komputer.

Autor:
Weronika Ciągała

niedziela, 3 maja 2015

Deszcz elektronicznych śmieci

W dzisiejszych czasach technologia zaskakuje nas coraz to nowszymi udoskonaleniami sprzętów codziennego użytku. Często nie zdążymy jeszcze do końca poznać wszystkich funkcji obsługiwanego przez nas urządzenia, a już okazuje się, że dalsze nasze próby są bezcelowe, ponieważ w sklepach dostępy jest następca naszego „supernowoczesnego” gadżetu. Z kolei ten obecnie przez nas używany mógłby spokojnie zdobić muzealne wystawy. Przodownicy sprzętu elektronicznego prześcigają się w udoskonalaniu swoich wytworów, a my zafascynowani lawiną nowinek pragniemy ich jak najszybciej wypróbować, równocześnie odstawiając już nic nie znaczącego poprzednika do szuflady. Właśnie! I tu rodzi się problem.

Dosyć szybko okazuje się że ów szuflada jednak nie jest bezdenna, a składowane tam stare kasety wideo, telefony, myszki komputerowe, klawiatury i tym podobny sprzęt trzeba jakoś zutylizować (poza tymi kasetami z nagraniami z naszego dzieciństwa, gdzie biegamy z wiaderkiem na głowie; te należy zostawić - dla potomnych).

E-waste – tak język angielski pięknie opisuje to zjawisko. Chodzi ni mniej, ni więcej o problem pozbywania się starego sprzętu elektronicznego. Jeżeli dane urządzenie nadaje się do ponownego użytku, ponownej sprzedaży albo do recyklingu to opisuje się je właśnie tym terminem. 

Ponieważ niektóre elementy urządzeń tego typu, jak na przykład lampy kineskopowe, zawierają ołów, kadm czy beryl to proces ich utylizacji musi być przeprowadzany w odpowiednich warunkach, gdyż w przeciwnym razie styczność z tymi pierwiastkami jest niebezpieczna dla ludzkiego zdrowia. Jednakże ze względu na wysokie koszty takiego recyklingu rozwiązywane jest to w sposób jak najbardziej minimalizujący wydatki, czyli cały sprzęt wysyłany jest do krajów trzeciego świata, gdzie tania siła robocza rozprawia się z nim nie dbając o jakiekolwiek środki ostrożności. Nigeria, Chiny czy Indie to miejsca największych elektro-wysypisk. Z uwagi na to, że urządzenia takie jak telefony komórkowe zawierają również śladowe ilości złota lub srebra to odzyskiwanie tych surowców zachęca pracowników do zajmowania się tego typu pracą.


Niestety ten problem dotyczy także Polski. W 2010 roku służba celna zatrzymała transport elektrycznych odpadów które miały zostać wywiezione do Tanzanii, Gabonu, Pakistanu i Chin. Ekolodzy apelują – odzyskujmy zużyty przez nas sprzęt w Polsce!




Kwestia elektronicznych śmieci jest stosunkowo nowym problemem, jednak zwiększającym swoją skale z roku na rok. Mimo wszystko cały czas jest to zjawisko, o którym nie mówi się wiele.  Przykładem może być brak profesjonalnych kampanii reklamowych promujących poprawne obchodzenie się ze sprzętem elektronicznym, który już nam się znudził, bądź nie nadaje się do użytku. Jedyne filmiki, na jakie można natknąć się w sieci, to amatorskie nagrania nie przekraczające nawet  liczby 1000 wyświetleń. W związku z taką sytuacją niektórzy artyści postanowili przedstawić światu ogrom pozostałości elektronicznych za pomocą swoich oryginalnych prac. Jest to alternatywna forma gospodarowania odpadami tego typu, która oczywiści nie byłaby skuteczna na większą skalę, ale stara się nam pokazać z czym mamy do czynienia. Praca autorstwa Sary Frost może być tego bardzo dobrym przykładem:


Noah Scalin podobnie podszedł do tematu:


Odpadki elektroniczne to z pewnością jeden z najbardziej aktualnych problemów, który w coraz większym stopniu dotyka naszą planetę. Prędkość produkowania nowego sprzętu jest stanowczo za szybka w stosunku do pozbywania się tego już nieużywanego. A jak my możemy przyczynić się do polepszenia tej sytuacji? Myślę, że czas najwyższy się tym zainteresować...

Autor:
Piotr Janusz

niedziela, 26 kwietnia 2015

W następnym odcinku...

Telewizja wyrobiła na przestrzeni dekad całkiem pokaźny zestaw znaczeń słowa "widowisko". Pierwsze - towarzyszące jej, gdy jeszcze raczkowała - czyli wspólne spędzanie czasu z rodziną mające formę "czasu świętego", wyznaczyło jej walory socjalizujące. Następne, związane jest już nie tyle z tym "gdzie i z kim" się ogląda, ale "co" się ogląda, poprzez raptownie urozmaicanie gamy programów. Telewizja, podobnie jak w przypadku najmniejszych komórek społeczeństwa, nadaje też ogółowi poczucie wspólnoty poprzez światowe wydarzenia np. Olimpiada lub Mundial, przenosząc atmosferę stadionów do domostw i małych miasteczek. Emisja filmów w piątkowych ramówkach czy w święta podniosła znaczenie telewizji niemal do poziomu seansu kinowego. Słowem, zawsze starała być dla widza wymarzonym widowiskiem, spełniając dla niego różne role.


Jednakże najpopularniejszym  typem widowiska, z którym kojarzymy telewizję, to serie. Serie programów kulinarnych, o modzie, seriale czy nawet codzienne wiadomości przyciągają uwagę i przyzwyczajają do siebie odbiorców. Stają się codziennym elementy życia, popkultury. Ich funkcję są różnorodne: informacyjne, hobbistyczne, rozrywkowe. Dziesiątki talk show, reality show, talent show angażują na różnych płaszczyznach: kibicujemy temu konkretnemu uczestnikowi w "You can dance", chcemy znać ciąg dalszy losów bohaterów "The Walking Dead", jesteśmy ciekawi nowych osobowości w "Mam Talent".

Wydawać by się mogło, że w takiej formie przekazowi telewizyjnemu będzie dobrze, bo po prostu spełnia on swoją rolę. Z takiego porządku rzeczy postanowił zrezygnować odłam zwany quality TV. W założeniu prezentuje lepszą jakość formy i treści przekazu, wiec najłatwiej utożsamić taką dziedzinę z kablówką. Dodatkowe kanały oferują ekskluzywne seriale, emisję wszystkich meczów lig zagranicznych, filmowe hity dostępne w domu krótko po premierze kinowej, a to wszystko w krystalicznej jakości HD. Polityka "więcej i lepiej", za która rzecz jasna należy słono zapłacić, nie jest w tym przypadku strzałem kulą w płot, bo nierzadko owocuje ona faktycznie interesującym i "wysublimowanym" produktem.

Przykładów seriali, które są ekskluzywnym dobrem, jest bez liku. Wzystkie mają jeden wspólny mianownik: uczynienie swojego wytworu jak najbardziej atrakcyjnym i ambitnym. Posłużmy się ostatnio powstałym serialem "The Knick" wyprodukowanym dla amerykańskiego kanału Cinemax, będącego własnością HBO.


"The Knick" przenosi widza do Nowego Jorku początku XX wieku, okresu odkryć i wynalazków, zaś dla USA - czasu napływu imigrantów. Jego fabuła skupia się wokół jednego z działających tam szpitali. Główny bohater, Dr. Tahckery, to lekarz ordynator tytułowego Knicka i uzależniony od kokainy pionier nowoczesnej medycyny, kreowany na szaleńczego geniusza. Reszta postaci to zbiór osobistości z różnych klas i grup społecznych, wchodzących ze sobą w różne relacje. Brzmi znajomo?


Co więc czyni go wyjątkowym? Oczywiście kwestie techniczne i treść. Całość wyreżyserował Steven Soderbergh, który na koncie ma filmy takie jak: "Contagion", "Panaceum", "Solaris" czy "Ocean's Eleven". W rolę owego lekarza-geniusza wciela się Clive Owen, a o oprawę muzyczną zadbał Cliff Martinez - minimalistyczny kompozytor znany ze współpracy z Nicholasem Windingiem Refnem i właśnie Soderberghiem. Scenografia i wielość naturalistycznych detali w kolejnych operacjach zachwycaja dokładnością oddania realiów, natomiast  sama fabuła nie kojarzy się z typowym telewizyjnym serialem opartym na płytkich postaciach, fabularnych kliszach i słabych cliffhangerach. Jest bardzo stonowana, skupia się na rozwoju interesujących postaci, nie jest ugładzona i nie stara się uszczęśliwiać widza na siłę. Chłodne, kliniczne i jasne obrazy, które pokazuje Soderbergh nie ustępują niczym pełnoprawnym filmowym produkcjom.
Kadry z serialu "The Knick"
Dlaczego więc powstał serial, który jakością mógłby zawstydzic niemałą grupę kinowych produkcji? Pomimo anagżującej atmosfery, oglądanie 10 sennych odcinków może męczyć lub paradoksalnie nie sprawiać żadnej przyjemności, a - jak wspominaliśmy na blogu przed paroma tygodniami - o tę przyjemność właśnie chodzi. Produkcje takie jak "The Knick, "Gra o tron", "Rodzina Borgiów", "Breaking Bad" czy "Sherlock" starają się ulepszyć telewizję, pozwalając na nią spojrzeć z perspektywy innej niż wieczorne wiadomości i "Kevin sam w domu" (emitowanego w KAŻDE święta Bożego Narodzenia). Sam fakt chęci producentów do urozmaicenia ramówki i wyciągania ręki do innego widza bez waloryzacji swoich tworów, świadczy, że telewizja, jako medium, dalej się rozwija i stara się sprostać kolejnym wymogom społeczeństwa.
Quality TV to także pośrednio element popkultury - choćby dzięki szalonej oglądalności produkcji HBO. Najnowszą z nich jest bijąca wszelkie rekordy "Gry o tron" z obsadą pełną hollywoodzkich gwiazd, wspaniałym uniwersum i muzyką od ucznia sławnego Hansa Zimmera - Ramina Djawadiego. Wydawałoby się, że to już wystarczy, by uczynić serial tematem dyskusji. Tak w gruncie rzeczy nie jest. Zabiegi stosowane przez autora literackiego pierwowzoru George'a R.R Martina (masowe uśmiercanie kolejnych postaci, liczne  sceny erotyki i przemocy, pamiętne cytaty) umiejscowiły w kulturze książki i serial jako fenomen sam w sobie, stający się tematem dyskusji, parodii, krytyki np. poprzez internetowe memy czy obecność w kreskówkach takich jak "South Park". Serial, w tak niezależnej formie, zdobył widzów i popularność nie tylko przez sam poziom relegalizacji i fabułę, ale również poprzez zabiegi, które twórcy mogli zastosować w produkcji, bez potrzeby ograniczania wyobraźni restrykcjami masowej telewizji.

               
O tym, czym będzie quality TV w przyszłości, możemy tylko mniemać. Dotychczasowe efekty starań producentów mające na celu zróżnicowanie repertuaru na tle innych stacji skłaniają jednak do pozytywnych prognoz. Należy zaznaczyć, że podwyższanie standardów, jak i wiara w widza, który jest w stanie czerpać radość z rodzajów programów o rożnym poziomie realizacji, może przy nierozsądnej polityce spowodować upadek marki. Nadmiar ambicji i wymuszone przebijanie samej siebie to ostatecznie utrata lat ciężkiej pracy nad budowaniem aury wyjątkowości oraz - przede wszystkim - widza, który już nie zechce dowiedzieć się "co będzie w następnym odcinku".

       

Autor:
Jan Szafraniec

Korekta:
Weronika Fudała

niedziela, 19 kwietnia 2015

Jak cię widzą, tak cię piszą

Telewizja i kino mają ogromny wpływ na społeczeństwo, a jednocześnie ewoluują razem z nim. Zmieniają się nie tylko jakość wyświetlanego obrazu czy sposób montowania materiału filmowego, ale także poruszana tematyka. Ostatnia dekada to okres wzmożonej dyskusji o najróżniejszych grupach: mniejszościach narodowych, seksualnych i wyznaniowych, feministkach, celebrytach itd. Każda z tych grup jest w mediach reprezentowana, a więc ma tworzony określony wizerunek.

Studiami nad reprezentacją zajął się m.in. Chris Barker, który w książce pt. "Studia kulturowe. Teoria i praktyka" tłumaczy, że ogromna część badań nad kulturą jest skupiona wokół pytania o reprezentację - zjawisko społeczne polegające na konstruowaniu świata dla odbiorców i przez odbiorców w celu nadaniu temu światu znaczenia. Owo znaczenie budowane jest za pomocą tekstu, obrazu oraz dźwięku. Produkcje filmowe są więc do tego idealnym narzędziem.

Postanowiłam prześledzić polskie "wyroby" ostatnich lat, żeby sprawdzić, w jaki sposób reprezentowana jest grupa bliska autorom Mediacureans, a mianowicie - KWIAT POLSKIEJ MŁODZIEŻY. Jak rodzima telewizja i kino wchodzą w dialog ze społeczeństwem i czy analizowana grupa nas - Polaków - ciekawi, oburza, niepokoi?

Jedno jest pewne - młodzież stanowi zagadkę wszech czasów. Scenarzyści dwoją się i troją, żeby zgrabnie opisać zjawiska, których zazwyczaj nie rozumieją. Co ciekawe, wizerunek młodych ludzi zmienia się o 180 stopni w zależności od grupy odbiorców. Misyjne produkcje telewizji publicznej skierowane do osób starszych obfitują w postaci nieautentyczne, ugrzecznione, używające sztucznego języka i należące do subkultur przedstawionych w sposób równie karykaturalny, jak one same. "Prawdziwe" emocje, będące nieodłączną częścią okresu buntu i poszukiwania własnej tożsamości są równie "prawdziwe", co sam bunt. Motywacje postaci są często niejasne, a dialogi składają się z pustych frazesów mających na celu urealnienie. Efekt? Salwy śmiechu, prawdopodobnie niezamierzone.   

 Emo oczami twórców "Na dobre i na złe"


Szalone studenckie życie w "Klanie"

W opozycji do seriali kreowany jest wizerunek młodych dla młodych. Od czego by tu zacząć? Skrajny materializm i konsumpcjonizm, uzależnienie od internetu, nastoletnie ciąże, śmierć miłości, samobójstwa, narkotyki - tak mniej więcej przedstawia się w tym wypadku przeciętny młody Polak. Trudno oprzeć się wrażeniu, że reżyserowie "upychają" wszelkie możliwe patologie dla samej chęci ich pokazania. Ojciec nadużywający przemocy, matka alkoholiczka, ciotka nimfomanka? Super! Najlepiej niech wszyscy jednocześnie otoczą ramionami nastoletniego bohatera, który i tak jest już zdegenerowany. A wszystko to podane w sosie wulgaryzmów rzucanych na lewo i prawo, dla zwiększenia wiarygodności rzecz jasna.

Sztandarowym przykładem tego "najprawdziwszego" oblicza polskiej młodzieży są dwa obrazy Katarzyny Rosłaniec (składające się w tym momencie na całokształt dorobku tej reżyserki): "Galerianki"  i "Bejbi Blues". Pierwszy film skupia się na grupce dziewczyn w wieku gimnazjalnym, które prostytuują się w zamian za modne ubrania, szukając klientów przede wszystkim w centrach handlowych. Drugi opowiada historię 17-letniej matki, dla której dziecko, zaplanowane dziecko, było "kaprysem, gadżetem, fajnym dodatkiem do swojej stylizacji" - tłumaczy w wywiadzie odtwórczyni głównej roli.   

W obu przypadkach miało być kontrowersyjnie, postępowo i przede wszystkim AUTENTYCZNIE, a wyszło przekoloryzowanie, niekonsekwentnie i infantylnie. Scenariusze spłycające co drugi wątek można by w najlepszym wypadku określić mianem miernych. Żadnej historii, żadnej fabuły, tylko impresje z życia "dzisiejszej młodzieży".

Kadr z filmu "Galerianki" (2009)d
Kadr z filmu "Bejbi Blues" (2012)
W filmie "Sala Samobójców" Jana Komasy sytuacja ma się podobnie. Mimo że temat ucieczki przed problemami w świat wirtualny wydaje się być bliższy rzeczywistości niż choćby wspomniane rodzenie dzieci-gadżetów, to i tu reżyser poległ próbując oddać faktyczny obraz realiów. Stereotyp goni stereotyp. Typowi rodzice karierowicze, typowy nadwrażliwy i odrzucony protagonista, typowa fascynacja samobójstwem, typowa depresja. Środowisko szkoły, imprez oraz znajomych do bólu przerysowane. To po prostu kolejny film, które nie potrafił młodym odbiorcom przedstawić ich własnego świata inaczej niż przez pryzmat pozycji społecznej, samotności nastolatka i kasy.

Kadr z filmu "Sala Samobójców" (2011)
Uważam, że polskie produkcje reprezentują młodych ludzi w sposób dwojaki, a oba wizerunki skrajnie się od siebie różnią. Albo buntu i problemów jest podejrzanie mało, albo nadzwyczaj dużo. Próżno szukać złotego środka. Według mnie to właśnie preferencje odbiorców w głównej mierze wpływają na tak odbiegające od siebie przedstawienia. Produkcje skierowane do osób starszych przedstawiają zagmatwany świat młodzieży w sposób uproszczony, "ugrzeczniony" i łatwiejszy do zrozumienia. Ot, jakiś emo kaprys objawiający się ekscentryczną koszulką lub mocniejszym makijażem. Nie warto zagłębiać się w jego podstawę ideologiczną. Po drugiej stronie barykady stoją protagoniści, którzy mają zainteresować sobą grupę docelową w podobnym wieku. Na kształt tych filmów, wraz z całą przesadą w kreowaniu nawałnicy problemów, kompletnym brakiem dojrzałości bohaterów i rynsztokowym językiem, wpływa więc próba przykucia i utrzymania uwagi młodych odbiorców aż do ostatniej minuty.

A kto najbardziej cierpi w tym chaosie kontrastów?
Sami reprezentowani, którzy wciąż nie mogą się doczekać wiarygodnego przedstawienia.
   

Autor:
Weronika Fudała

niedziela, 29 marca 2015

O popkulturze, taniej sensacji i przyjemności

Dziś na wstępie mam dla ciebie, Drogi Czytelniku, krótki test. Przyznaj szczerze, które z przedstawionych odpowiedzi są ci bliższe i czytaj dalej.

Miły sobotni poranek najchętniej rozpoczynasz od lektury:
A) świeżych artykułów na Pudelku i nowych postów na fejsie
B) wierszy Rilkego

Łatwiej przyjdzie ci wymienić tytuły:
A) piosenek Lady Gagi
B) utworów Strawińskiego

Bożenka z „Klanu” jest:
A) blondynką
B) nie wiem, nie znam

Jeżeli na wszystkie powyższe pytania udzieliłeś odpowiedzi B to gratuluję, podziwiam i z lekka nie dowierzam. Jeżeli natomiast przytrafiła ci się gdzieś odpowiedź A, to pewnie twoje uszka już płoną ze wstydu. Nic dziwnego. Każdy z nas chciałby być postrzegany jako intelektualista - skupiony jedynie na tym co wartościowe i ambitne, odporny zaś na najróżniejsze popkulturowe głupoty. Prawda? Prawda.


Zanim jednak załamiesz się do reszty, przeklinając w myślach swoje tanie gusta, śpieszę z pocieszeniem! Te „głupoty”, którymi karmi nas telewizor i Internet, wcale nie są takie nieistotne: poważni badacze kultury od lat pochylają się nad tym co popularne i masowe. Co więcej, rzut oka na Wikipedię pozwala stwierdzić, iż postawy jakie przyjmowali wobec popkultury bardzo się przez lata zmieniały i że dzisiejszym teoretykom daleko już do absolutnego jej potępienia. Odium, jakie swego czasu na nią spadło, jest współcześnie mocno passé. Dziś popkulturę się szanuje i dopatruje się powstawania w jej ramach tzw. nowej jakości. Warto tu napomknąć o pewnym medioznawcy (i zapamiętać jego nazwisko!), a mianowicie o Johnie Fiske, bowiem niejednokrotnie będziemy się na niego powoływać. Fiske popkulturą nie gardzi, ale z zaciekawieniem się jej przygląda i analizuje fenomen tekstów popularnych.

Nietrudno zgadnąć, dlaczego teksty popularne spotykają się z dezaprobatą "poważnych ludzi". Są to treści proste, oczywiste, powielające schematy, przejaskrawione i uproszczone. Skąd się zatem bierze magia popkultury która nam karze nieustannie się nią karmić i jest mocniejsza niż poczucie wstydu? W czym tkwi ta siła fatalna, która nasze oczy kieruje w stronę programu na MTV albo okładki Super Ekspresu?

Odpowiem jednym, kluczowym słowem: P R Z Y J E M N O Ś Ć.   

No dobrze, niech będzie przyjemność. Można oczywiście przyjąć, że większość ludzi sięga po teksty popularne, bo są nieskomplikowane, łatwe w odbiorze, a ich odczytanie na ogół nie wymaga zbytniego wysiłku intelektualnego. Ale jak to jest, że myślący człowiek, który nie stroni od tzw. kultury wysokiej, osoba świadoma przecież kiczu, tandety i wszelkich niedostatków popkultury, jest w stanie czerpać z jej odbioru przyjemność?


Owoce kultury popularnej, czyli newsy z Pudelka.

Po pierwsze: kultura popularna to taka sprytna bestia, która swoje wady potrafi przekuć w zalety. Zarzucamy jej przejaskrawienie i pogoń za tanią sensacją, a tymczasem skrycie obie te właściwości bardzo lubimy. Popularność kolorowej prasy i portali plotkarskich wynika z tego, że w sumie świetnie nam się czyta o cudzych patologiach, niezwykłych romansach, przedziwnych przypadkach i niezręcznych wpadkach. Mniej lub bardziej świadomie, zawsze z zapałem będziemy śledzić wszelkie odstępstwa od norm, nawet te podane nam w przesadzonej i kiczowatej formie. Zwłaszcza – jak dowodzi Fiske – jeśli w naszym prywatnym życiu sami do tych norm nie do końca przystajemy.

Po drugie: w prostym świecie kultury popularnej łatwo się zadomowić. Warto przeanalizować temat na przykładzie seriali telewizyjnych. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten z nas, kto nigdy nie dał się im uwieść. Z czystym zadowoleniem ulegamy magicznym światom seriali i chętnie identyfikujemy się z ich bohaterami.  Przypomina mi się w tym miejscu pewien sympatyczny film, w którym młodziutki Tobey Maguire tak bardzo zachłysnął się sielankowym życiem mieszkańców serialowego miasteczka, że aż... udało mu się przenieść w głąb telewizora, wprost do ulubionej telenoweli.


Ale eskapizm nie jest  jedynym wyjaśnieniem fenomenu popularności wyobrażonych światów. Zakłada się że przestrzeń popkultury oferuje pewną swobodę poruszania się w jej obrębie. Bohaterowie seriali telewizyjnych to na ogół dość schematyczne postaci. Ich jednowymiarowość sprawia, że szybko z nimi sympatyzujemy lub wręcz przeciwnie: prezentowane przez nich postawy i wyznawane wartości możemy łatwo wyszydzić. Widzowi pozostawia się tu pewną dowolność. Jak dowodzi Fiske, paradoksalnie złożoność  popularnych produkcji telewizyjnych, tkwi w tym, że odrzucają głębokie treści. Pokazując zaledwie szkic, oczywistość i uproszczenie, pozostawiają pewną lukę, którą widz ma zapełnić własnym społecznym doświadczeniem. Perypetie serialowych bohaterów angażują widza emocjonalnie do tego stopnia, że ten sam jest w stanie dookreślić i uzupełnić pewne sytuacje, nadać im głębię wedle swojej oceny.

 I tu już prosta droga wiedzie do odkrycia kolejnej ciekawej właściwości  kultury popularnej. Wiadomym jest, że operuje ona pewnymi schematami, które każdy odbiorca – niezależnie od wykształcenia czy doświadczenia – może z łatwością odczytać i zinterpretować, czerpiąc przy tym przyjemność. Ale odczytanie i interpretacja jest tutaj dowolna, a mówiąc ściślej  – każdy odbiorca może się w obrębie tekstu popularnego dowolnie poruszać, wyciągać z niego co tylko chce i nadawać nowe znaczenia. To tłumaczy dlaczego niektóre wytwory popkultury wzbudzają tak wielkie dyskusje. Dlaczego poważni publicyści, pisarze, badacze i nawet filozofowie tak się popkulturą interesują. Dlaczego pochylają się nad nią i ją analizują, czasem śmiertelnie poważnie, a czasem z przymrużeniem oka, mając z tego nielichą frajdę.

Analiza reality show "Warsaw Shore" na łamach "Dwutygodnika"

 Ta otwartość tekstów popularnych pozwala nam zatem na coś więcej niż tylko ich bierne i bezrefleksyjne przyjęcie. Fiske pisze o tekstach wytwarzalnych (jako łączących w sobie cechy tekstów pisalnych i czytalnych), które umożliwiają odbiorcy aktywne włączenie się w ich odczytanie, nadanie nowych znaczeń i stanie się tym samym ich współtwórcą.

Wiele by jeszcze można na ten temat powiedzieć i wiele też już zresztą  powiedziano, co tylko dowodzi jak potężna jest siła popkultury. Na zakończenie przypomnę, iż nie jest wcale tajemnicą, że Wisława Szymborska  pomiędzy lekturą Tomasza Manna a spłodzeniem poezji godnej Nobla, lubiła zasiąść przed telewizorem, by z wypiekami na twarzy śledzić kolejne odcinki „Dynastii” albo „Tańca z gwiazdami”, w którym występował jej ukochany bokser Andrzej Gołota. A zatem podnieś głowę, Drogi Czytelniku i wyzbądź się kompleksów. Możesz czuć się rozgrzeszony i dalej cieszyć się swoimi popkulturalnymi guilty pleasures.


Autor:
Weronika Ciągała

Mini korekta:
Weronika Fudała

niedziela, 22 marca 2015

Ciekłokrystaliczna rzeczywistość

Do jakiej rzeczywistości przynależy obraz wyświetlany na ekranie? Czy jest on częścią Twojej tożsamości narracyjnej? A może w "akcie patrzenia" przecinają się ze sobą dwa zupełnie różne światy, nieskończone ilości narracji łączą się we wspólnym punkcie?

Ekran LCD w powiększeniu
Kiedy Platon w swojej filozofii "otworzył" pierwszą w historii salę kinową, raz na zawsze narzucił nam interpretację wyświetlanego obrazu jako odbicia świata prawd, do którego nie mamy dostępu. W jaskini platońskiej można było oglądać tylko cienie świata idei, tak więc to, co widoczne na ekranie, stało się już nie fikcją, a nieprawdą. Takie myślenie przetrwało do dzisiaj i powoduje trudności w interpretacji ekranu, czyniąc refleksję nad nim nieoczywistą. Kto z nas, oglądając horror jako dziecko, nie powiedział sobie: spokojnie, to tylko film, to nie jest naprawdę. W tym momencie warto przejść do niezwykle istotnej kwestii: czy wmawianie sobie, że to co na ekranie nie jest prawdziwe jakkolwiek zmniejsza strach? Czy aby intuicja nie próbuje od lat udowodnić nam, że Platon się mylił?  

Czy prawdą jest, że Samara Morgan wychodzi z telewizora? / kadr z filmu "The Ring"/
Nie sposób zaprzeczyć, że Samara faktycznie wychodzi z telewizora, robi to jednak w innej rzeczywistości niż nasza. Zatem przestrzeń ekranu jest przestrzenią obcego świata. Możemy go jedynie obserwować, ponieważ znajdujemy się w punkcie dwóch przecinających się narracji: filmowej i naszej - tożsamościowej. W przypadku powyższego kadru możemy mówić nawet o trzech narracjach, bo telewizor umieszczony w przestrzeni filmowej wyświetla obraz nagrany na kasecie VHS. Ta scena ma więc przerażać sytuacją, która nie powinna mieć miejsca. Widz przestaje być bezpiecznym obserwatorem zdarzeń zamkniętych w przestrzeni ekranu, a staje się ich aktywnym uczestnikiem.

Wraz z rozwojem technologii ekrany zaczęły przekraczać własne granice, a ich rzeczywistość powoli przenika do naszej. Wszechobecnym tego przykładem mogą być wyświetlacze dotykowe umożliwiające nam - użytkownikom - bezpośredni wpływ na rzeczywistość cyfrową. Kolejnym etapem będzie najprawdopodobniej wyeliminowanie jakichkolwiek urządzeń pośredniczących w kontakcie z maszyną. Już dzisiaj możemy przecież wydawać polecenia głosowe telewizorom (np. Samsung Smart TV) czy komunikować się z inteligentnym asystentem w smartfonie (np. Siri firmy Apple). Ekranom urządzeń nadaje się w takich sytuacjach funkcję twarzy cyfrowego rozmówcy. Są graficzną reprezentacją procesów informatycznych i językiem komunikacji, który rozumiemy. Faktem jest, że i to rozwiązanie zostanie niedługo zastąpione innym. Świetną refleksję nad rozwojem technologii proponuje brytyjski mini-serial "Black Mirror".


W odcinku zatytułowanym "The Entire History of You" większość ludzi posiada wszczepione specjalne urządzenie, które rejestruje wszystko co człowiek robi, widzi i słyszy. Pozwala ono również na odtwarzanie każdego wspomnienia na siatkówce własnego oka. Co ciekawe, nawet mimo tak rozwiniętych technicznie możliwości, ze świata przedstawionego nie znikają "tradycyjne" ekrany. "Black Mirror" eksploruje różne zagadnienia związane z przyszłością technologii oraz jej oddziaływaniu na człowieka. Twórca serialu, Charlie Brooker, w wywiadzie dla The Guardian mówi: "If technology is a drug - and it does feel like a drug - then what, precisely, are the side - effects? Czy jesteśmy zatem uzależnieni od bycia obserwatorem? A może również od bycia obserwowanym?

/kadr z filmu "Truman Show"/

W więzieniu "nierozszerzonej" rzeczywistości
Oprócz niebezpieczeństw, a nawet wizji przenikania się wielu rzeczywistości rodem z horroru, warto zastanowić się również nad dobrą stroną takiego rozwoju. Nasz mózg jest przystosowany do wielowątkowej pracy, dla potwierdzenia tej tezy można wykonać proste doświadczenie. Niech jedna osoba powie do naszego jednego ucha dzisiejszą datę, druga do drugiego ucha - dzień tygodnia, a my sami spójrzmy na prognozę pogody. Wszystko to powinno odbyć się dokładnie w tym samym czasie. W jednej sekundzie nasz mózg otrzymał trzy różne informacje, z trzech różnych źródeł i nie mieliśmy najmniejszego problemu z ich zrozumieniem i zapamiętaniem. Podobnie rzecz wygląda z otaczającymi nas ekranami. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z ich ilości, ale każdy wzbogaca odbiorców o jakąś informację. Naszym zadaniem jest więc dbać o to, by te informacje były wartościowe i rzeczywiście przydatne. 

Częstym obiektem żartów jest młodzież, która w sytuacji odłączenia od Internetu staje się bezradna. Niemniej jednak, można odnieść wrażenie, że to są właśnie ludzie, którzy korzystają z nowoczesnych technologii "bo muszą", widząc w nich coś więcej niż świetne narzędzia ułatwiające życie.

Technologia pozwala na korzystanie z wielu różnych narracji, umożliwiając budowanie w ten sposób własnej tożsamości narracyjnej. Rozszerza rzeczywistość, włączając w jej obręb inne historie, których możemy być obserwatorami (a w przyszłości może i uczestnikami). Potrzeba jeszcze wielu badań nad społecznym oddziaływaniem technologii oraz ekranów w ogóle na życie człowieka, ale intuicja zdaje się podpowiadać, że można tę zupełnie nową sytuację wykorzystać dobrze. Przede wszystkim, przekroczyć granice myślenia, wykorzystując do tego narzędzia, jakie daje cyfrowa rzeczywistość.

Autor:
Filip Habiniak

Mini korekta:
Weronika Fudała

piątek, 13 marca 2015

"You have 20 seconds to comply!"

Minęło już ponad 100 lat, odkąd na przełomie wieku XIX i XX społeczeństwo wpadło w głęboką apatię wraz z pojawieniem się nowego nurtu światopoglądowego zwanego dekadentyzmem. Jego zwolenników nieustannie dręczyło poczucie beznadziejności i pesymizmu spowodowane raptownym skokiem technologicznym, uprzedmiotowieniem człowieka oraz zbliżającym się w ich mniemaniu zmierzchem cywlizacji. Taki tok myślenia prowadził ich do ponurych wniosków: zmierzają ku zagładzie (co historia po części udowodniła w bardzo bolesny sposób).  

Pierwsza rewolucja przemysłowa oraz druga - technologiczna - przeniosły wielkie zmiany: polepszenie sytuacji materialnej społeczeństw, rozwój medycyny umożliwiający poprawę stanu sanitarnego miast, powstanie przełomowych wynalazków, które dziś uważamy za oczywistość i dobra podstawowe.        


Fin de siècle  i początek XXI wieku łączy niespodziewanie wiele. Postęp technologiczny uparcie nie chce się zatrzymać, ignorując bardzo liczne, krytyczne głosy. Świat zmaga się z wieloma kryzysami ekonomicznymi, politycznymi i ekologicznymi. W korporacjach kwitnie wyzysk, choroby cywilizacyjne zbierają krwawe żniwo, a maszyny odbierają coraz więcej miejsc pracy ludziom. Są tańsze. I (na razie?) się nie buntują.       

Determinizm technologiczny (zakładający kluczową rolę technologii w kreacji ładu społecznego oraz kierunku, w którym to społeczeństwo ma zmierzać) wyjaśnia takie zmiany, określając je mianem "postępu".  Porządkiem rzeczy jest jej stopniowy rozwój, który z zasady powinien być jasno określony i możliwy do przewidzenia, mając przy tym pośredni i bezpośredni wpływ na historię, ludność i - rzecz jasna - gospodarkę.      

Dzisiejsze pokolenie jest uszczypliwie nazywane "pokoleniem długiego kciuka", a internet czy prasa są pełne ekspertów bijących na alarm i głoszących pesymistyczne sądy na temat przyszłości. Ich opinie są w pełni słuszne, biorąc pod uwagę ilość czasu spędzanego w towarzystwie komputera, smartfona, telewizji czy "na fejsie" przez dzieci i młodzież. Wcale nie zaskakującym jest dziś obraz 6-latka z najnowszym modelem iPhone'a czy obecność na Facebook'u nawet noworodków (dzięki "uprzejmości" rodziców). Sam zetknąłem się z podobną sytuacją w gimnazjum: podczas jednej z lekcji nauczyciel skonfiskował koleżance telefon, na co ta zaczęła płakać i zemdlała. Takie skrajne przykłady niepokoją szczególnie, gdy pomyślimy jak niewiele czasu zajęło dojście do takiej sytuacji. Jak więc określą naszą cybernetyczną epokę za 100 lat przyszłe pokolenia?      

Bez wątpienia media formują nas i uszlachetniają. To od nich zależy interpretacja przekazu. Pozytywnych aspektów ich działań jest równie dużo lub więcej, niż negatywnych, ale w nieodpowiednich proporcjach to co leczy, może zabić. Z pozoru obiecujące cechy takie, jak wielofunkcyjność mogą okazać się na dłuższą metę destruktywne - nie tylko w kwestii możliwego uzależnienia, ale porzuceniu wiary we własne umiejętności i pozostawieniu wszystkiego programom oraz gadżetom. Solucjonizm, który zakłada rozwiązywanie wszelakich problemów za pomocą technologii, nie jest więc kierunkiem, w którym powinien udać się wspomniany rozwój techniczny. Jak mówił Sokrates: Jemy, aby żyć,  a nie żyjemy, aby jeść.     

Za przykład ilustrujący uzależnienie może posłużyć także wątek jednej z pierwszoplanowych postaci książki "Requiem for a Dream" oraz losy jej filmowej adaptacji w reżyserii Darrena Aronofskiego.  Mowa tu o Sarze Goldfarb, matce głównego bohatera, która prowadzi samotne życie w ciemnym mieszkaniu w jednej z sennych dzielnic Nowego Jorku.  Brak obecności syna w domu oraz pustka po zmarłym mężu wytworzyły w bohaterce potrzebę oderwania się od ponurej rzeczywistości i chęć kontaktu ze światem zewnętrznym. Jedynym obiektem zainteresowania kobiety stała się telewizja, która zaczęła definiować jej cele życiowe. Oglądając codziennie ten sam talk-show, wyobrażała  sobie siebie po drugiej stronie ekranu - jako młodszą, zgrabniejszą kobietę z synem, który odnosi sukcesy. Jedno uzależnienie doprowadziło do drugiego, tabletek na odchudzanie. Telewizja zostaje w "Requiem.." przedstawiona jako bardzo niebezpieczne narzędzie, które jest w stanie osoby nieuświadomione czy naiwne uczynić więźniami (często bezmyślnej) treści i uczestnikami wyścigu szczurów - pogoni za lansowaną modą.     

Kadry z filmu "Requiem for a Dream"
Nieobcy jest też naszym czasom wątek inwigilacji osób prywatnych w Internecie. Nagłośnione ostatnio sprawy Facebooka czy whistleblowera Edwarda Snowdena to tylko kropla w morzu afer. Chęć szpiegowania ludzi przez rząd bądź prywatne korporacje wydaje się być w erze Internetu dziecinnie łatwa do zrealizowania. Pytanie tylko, co może się stać, gdy nawet szpiegujący nie są w stanie w pełni zapanować nad zdobywanymi informacjami?       

Sprawę buszujących w internecie i czyhających na nieświadomych ludzi hakerów przedstawia gra komputerowa Watch_Dogs (współtworzona przez grupę hakerów). Akcja toczy się w dystopicznej wersji Chicago, gdzie cała infrastruktura miasta, dane osobowe, konta bankowe oraz rozgłośnie radiowe i telewizyjne zarządzane są przez jeden, centralny system operacyjny. Protagonistą gry jest zaś haker, który potrafi nim manipulować i wykorzystywać go do szkodzenia lub pomagania ludziom na różnorakie sposoby. Mieszkańcy w pełni ufają systemowi, który decyduje co zobaczą i od którego zależy na przykład ich bezpieczny powrót do domu. Watch_Dogs zadaje następujące pytanie: czy warto za cenę prywatności i wolności osobistej pozbyć się poczucia odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo?
     
Kadr z gry Watch_Dogs
Mówiąc o wyobrażeniach przyszłości, warto wspomnieć lata 80. Twórcy powstających ówcześnie produkcji science fiction spoglądali w nadchodzące millenium z nadzieją, fascynacją i niczym nieskrępowaną wyobraźnią. Saga "Star Wars" stworzyła wielofunkcyjne roboty i system komunikacji oparty na hologramach, co pozwalało na bardziej "personalną" rozmowę niż ta jaką oferuje choćby Skype. "Terminator" i "Robocop" dały nadzieję na powstanie cyborgów i implantacje elektroniki do ludzkiego ciała, ale przestrzegały przez tzw. "buntem maszyn". Zrobiony w konwencji filmu noir "Blade Runner" przedstawił zagmatwane relacje ludzi z ledwie odróżnialnymi klonami w dystopicznym Los Angeles. Odmienną wizję zaprezentował "Obcy", w którym to ludność podbija kosmos by następnie eksploatować bazę surowcową innych planet. Cywilizacja dysponuje tu techniką hibernacji czy długich podróży po galaktyce, ale korzysta z przestarzałego sprzętu oraz monochromatycznych wyświetlaczy, ufając tylko jednemu środkowi komunikacji - radiu.

Kadr z filmu "Terminator"
Kadr z filmu "Obcy"
Jednakże jednym z najsłynniejszych komentarzy dotyczących sztucznej inteligencji jest trylogia "Matrix" w reżyserii rodzeństwa Wachowskich. Buduje ona teorię cybernetycznego, sztucznego Wielkiego Brata (znanego ze słynnej powieści George'a Orwella "1984" czy powstałej znacznie później, niezależnej gry komputerowej, "Amnesia: A Machine for Pigs"). W trylogii realny świat zamieszkany przez ludzi okazuje się być fikcyjną projekcją, wytworzoną przez sztuczną inteligencję. Ta z kolei już dawno sprowadziła cywilizację ludzką do poziomu pokarmu, wykorzystując ją do własnego rozwoju. Tylko nieliczni mają okazję "obudzić się" i trafić do postapokaliptycznego świata, w którym wojownicy z podziemia stawiają opór hodującym ich maszynom.  

Kadry z filmu "Matrix"
Głębia takiej - choć fantastycznej - wizji daje się bezproblemowo przełożyć na zachodzące dzisiaj zmiany: rozwój robotyki, uzależnienia czy naoczny kontrast pomiędzy szarą rzeczywistością a atrakcyjnym światem wirtualnym.       

Słowem podsumowania: rozwój mediów i technologii jest niewątpliwie procesem, który zmienia świat i vice versa. W natłoku elektroniki, gadżetów, aplikacji, Internetu itd. kluczowymi wydają się być kwestie odpowiedniego przygotowania do obcowania z mediami oraz zachowania zdrowego rozsądku w trakcie korzystaniu z czasem absurdalnie banalnych lub niepotrzebnych "udogodnień". A te łatwo znaleźć na każdym kroku: w samochodach, smartfonach, komputerach. Coraz to głębsze, a co za tym idzie - trwalsze odrywanie się od rzeczywistości, wraz ze stopniowym uzależnianiem się od programów, mogą pewnego dnia doprowadzić do sytuacji, w której wojna z A.I. nie będzie brzmiała tak nieprawdopodobnie, jak dziś.

Autor:
Jan Szafraniec

Korekta/edycja:
Weronika Fudała